Zdumiewające odkrycie

A. E. W. Mason „Tajemnica Willi Róż”

Harry Wethernnll mc dał się jednak tak łatwo zadowolić.

„Zdaje się, że byłoby wskazanym wiedzieć, dokąd ona. się udaje”, powiedział, „i upewnić się, że pozostanie tam, aż bę­dzie nam znów potrzebna”.

Hanaud spojrzał na niego z politowaniem-

„Rozumiem, że pan nie może czuć sympatii do Heleny Vauquier; jest to aż nadto ludzkie. To, co nam powiedziała, nie mogło pana lepiej dla niej usposobić, lecz…, lecz”, nie dokoń­czył zdania, wzruszył tylko ramionami. Zresztą postaram się dowiedzieć, gdzie Helena Vauquier zamieszka. O ile jest ona wmieszana w tę sprawę, więcej dowiemy się, jeżeli pozosta­wimy ją na wolnej stopie, niż gdybyśmy ją trzymali pod klu­czem. To jest chyba jasne. Jeżeli zupełnie nie będzie podejrze­wała, że ją obserwujemy, może nabrać odwagi i zdradzić się jakimś nierozważnym czynem — ona, lub ktoś z jej wspól­ników.”

Pan Ricardo przytakiwał.

„To prawda; mogłaby na przykład napisać list”.

„Słusznie! lub jakiś otrzymać” dodał Hanaud, „co byłoby dla nas jeszcze dogodniejsze, o ile naturalnie ma coś wspólnego z tą całą aferą”. Zwrócił się do komisarza. „Czy ma pan dyskretnego urzędnika, któremu można zupełnie zaufać?”

„Choćby i tuzin”.

„Potrzebuję teraz jednego tylko”.

„Otóż i on”, powiedział komisarz.

Schodzili ze schodów; na pierwszym piętrze, czekał jesz­cze Durette, ten sam, który wykrył skład, gdzie sznur został zakupiony. Hanaud pociągnął bez ceremonii Durctte‘a za rękaw, jak to zwykł był czynić. Odeszli kilka kroków od innych. Wi­dać było1, że Hainaud daje Durette‘owi jakieś dokładne zlecenie. Durette zbiegł ze schodów’. Hanaud zaś powrócił do swoich towarzyszy.

Pokój był urządzony w tym samym stylu, jak salon, je­dnak był uderzający kontrast między temi dwoma pokojami.

Na dole w salonie jedno tylko krzesło było wywrócone. Tu wszystko było w nieładzie. Wszędzie panował nieporzą­dek i chaos. W kącie stała pusta kasa otwarta, dywany były porozrzucane; każdą szufladę przemocą otwierano, każdą szafę rozbijano, nawet łóżko było odsunięte ze stałego swego miejsca.

— Oto w tej kasie pani Dauvrey co wieczór chowała swoją biżuterię, — zauważył komisarz, gdy Hanaud rozglądał się po pokoju.

— Czy tak? — zapytał powoli Hanaud.

Ricardowi zdawało się, że Hanaud z wyglądu tego pokoju odczytywał coś, co potęgowało jego zdziwienie i niebywale go niepokoiło.

— Tak — powiedział Besnard z zupełną pewnością. — Co wieczór zamykała pani Dauvrey swoją biżuterię do tej kasy. Vauquier powiedziała nam to dziś rano. Nigdy nie czuła się tak zmęczoną, aby tego nie uczynić. Oprócz tego — i wkła­dając rękę do kasy, wyciągnął arkusz papieru — oto spis bi­żuterii pani Dauvrey.

Hanaud jednak nic był zadowolony. Wziął spis i przejrzał go. Lecz myśli jego odbiegały dalej.

— Jeśli tak, — powiedział jeżeli pani Dauvrey trzymała swoją biżuterię w kasie, dlaczego wyłamano każdą szufladę, dlaczego nawet łóżko odsuwano. Perrichet, zamknij pan cicho drzwi. A teraz oprzyj się pan o nie plecami.

Hanaud czekał, dopóki nie ujrzał szerokich pleców Perricheta opartych o drzwi. Wtedy ukląkł i odsuwając dywany tu. to tam, badał z największą dokładnością podłogę. Obok łóżka leżał niebieski, jedwabny dywanik perski. Z kolei i ten odsunął. Nachylił się, potem położył się na ziemię, posuwając się to w tę, to w ową stronę, by uchwycić światło na podło­dze, gdy nagle porwał się na kolana. Położył palec na ustach. W grobowym milczeniu wyciągnął prędko scyzoryk z kieszeni, otworzył go i pochyli się znowu. Wetknął ostrze pomiędzy de­seczki parkietu. Wszyscy przypatrywali mu się w najwyższym napięciu. Jedna tafla podłogi podniosła się. Wyjął ją, od­łożył cichutko i wetknął rękę w powstały w ten sposób otwór. Wethcrmill stojący tuż przy Ricardzie stłumił okrzyk.

— Cicho! — gniewnie szepnął Hanaud i wyciągnął rękę; trzymał w niej zieloną skórzaną szkatułkę. Otworzył ją. Na­szyjnik brylantowy zabłysnął tysiącem świateł. Kilkakrotnie wkładał rękę do otworu i za każdym razem wyciągał szka­tułkę z Biżuterią. Przed zdziwionemi oczyma obecnych otwie­rał je; sznury pereł, naszyjniki brylantowe, szmaragdy, pier­ścienie z krwawymi rubinami, bransoletki złote z drogimi karmieniami. Cała przebogata biżuteria pani Dauvrey była od­kryta.

— To jest zadziwiające — powiedział Besnard zdławio­nym głosem.

— A więc wcale nie-została obrabowana! — zawołał Ri­cardo.

Hanaud wstał.

— Cóż za ironia! — szepnął. — Biedna ta kobieta zostaje zamordowana dla swojej biżuterii; pokój przeszukano iii ni­czego nie znaleziono. Przez cały czas skarby te leżały spokoj­nie w swojej kryjówce. Niczego nie zabrano oprócz tego, co miała na sobie. Przekonajmy się, co to było.

— Helena Vauquier przypuszczała, że było to klitka pier­ścieni, ale nie była całkiem pewna — powiedział Besnard.

— Przecież możemy się o tern przekonać — powiedział Hanaud i zabrał się do1 porównywania biżuterii wydobytej z kryjówki ze spisem, znalezionym w kasie. Gdy skończył, ukląkł ponownie i raz jeszcze przeszukał otwór w podłodze.

— Brakuje sznura wartościowych pereł — powiedział — wnioskując z ich opisu, i kilku pierścieni. Widocznie pani Dauvrey miata je na sobie. Naszego inteligentnego Perrtehetfa poślemy po worek i damy mu radę, aby pary z ust nie pusz­czał, wobec żadnej żyjącej istoty o tern wszystkim, co wi­dział w pokoju. Potem zalakujemy torbę z biżuterią i oddamy panu komisarzowi, który z zachowaniem jak największej tajemnicy wyniesie ją z willi. Spis zaś zatrzymam u siebie — i włożył go do portfelu.

Potem otworzy! drzwi i wyszedł na schody. Spojrzał na dół ii w górę, potem zawezwał Perrichet‘a.

— Idź pan prędko — szepnął — a gdy będziesz wracał, schowaj worek pod płaszcz.

Perrichet schodził ze schodów, pełen dumy, że mógł speł­niać zlecenia wielkiego pana Hanaud‘a z Surete de Paris.

Hanaud wrócił do pokoju pani Dauvrey, zamknął drzwi i spojrzał na swych towarzyszy.

— Czy możecie sobie wyobrazić tę scenę? — powiedział z dziwnym uśmiechem zdenerwowania. Zapomniał o Wethermjillu, zapomniał nawet o zmarłej kobiecie, przykrytej prze­ścieradłem. Ostatniem odkryciem by? zupełnie pochłonięty’. Oczy jego błyszczały, twarz była ożywiona. W tej chwili Ri­cardo zobaczył dopiero prawdziwego Hanaud’a i czuł, że szczęście Wethermilla było bardzo zagrożone. Nic nie zdoła­łoby teraz Hanaud‘a odciągnąć od wykrycia prawdy i przy­łapania morderców. Tego Ricardo był pewny. Próbował obec­nie przed swoimi towarzyszami odtworzyć obraz, który jemu samemu tak żywo stanął przed oczyma.

— Czy wyobrażacie to sobie? Stara kobieta zamyka co wieczór swoją biżuterię do kasy w obecności swojej służącej i swojej towarzyszki, a potem, gdy jest sama. cichaczem wyj­muje ją z kasy i chowa do tej kryjówki. Ale to jest ludzkie i właśnie z tego względu tak zajmujące. Potem wyobraźcie sobie, wczoraj w nocy jej mordercy otwierają kasę i znajdują… nic, nic, zgoła nic. W śmiertelnym pośpiechu przeszukują pokój, odrzucają dywany, rozbijają szafy i nie znajdują niczego. Wyobraźcie sobie ich wściekłość, ich zdziwienie, a wreszcie ich strach. Muszą odejść z jednym sznurem pereł, gdy przypuszczali, że zdobędą majątek. To jest niezwykle intere­sujące; ja to powiadam ja, który już tyle niezwykłych rzeczy widziałem. W najwyższym stopniu interesujące.

Perrtchet powrócił z workiem, w którym Hanaud umieścił szkatułki z biżuterią. Zalakował worek w obecności wszyst­kich i wręczył go Besnardowi Potem włożył na miejsce taflę podłogi, przykrył ponownie dywanikiem i podniósł się.

— Słuchajcie — powiedział cicho z dziwna powagą, któ­ra na wszystkich wywarła wielkie wrażenie, — jest coś w tym domu, czego nie rozumiem. Wspomniałem już o tern, teraz po­wiem więcej. Boję się, boję się…

Słowa te uderzyły w słuchaczy, jak uderzenie piorunu, chociaż były szeptem powiedziane.

— Tak, moi przyjaciele — dodał — jestem przerażony do głębi.

Jakiś dreszcz wstrząsnął obecnymi, jak gdyby jakieś stra­szne niebezpieczeństwo czyhało na nich. Uczucie to było tak silne, że instynktownie zbliżyli się do siebie.

— Ostrzegam wasi, ani szeptem nie powinniście wspom­nieć, że biżuteria ta została znaleziona. W żadnej gazecie nie śmie się pojawić wzmianka o tein; nikt nie śmie podejrzewać, żeśmy ją znaleźli. Czyście zrozumieli?

— Oczywiście — powiedział komisarz. •

— Tak — dodał Ricardo.

— Rozumiem — szepnął Perrichet.

Harry Wethermill nie rzekł ani słowa. Jego palące oczy były wryte w twarz Hanaud‘a, nic więcej. Hanaud ze swojej strony nie żądał od niego odpowiedzi. W rzeczywistości nie spojrzał nawet na Hurriego. Ricardo zrozumiał. Hanaud nie chciał się wzruszać cierpieniem, wyrażonym na jego twarzy.

Zeszli znowu do małego saloniku, oświetlonego sderpnio- wem słońcem i rozweselonego kwiatami. Hanaud stanął przed kanapką i patrzał na nią dziwnie wzruszony. Przymknął oczy i przeszedł go dreszcz. Nic nie zrobiło na Ricardzie takiego wrażenia, ani ciało zabitej kobiety, ani odkrycie biżuterii, bo tam stał twarz w twarz wobec namacalnych faktów. Lecz te­raz mógł się domyślać nieznanych jeszcze okropności. Nie fakt, ale jakiś cień faktu zmuszał jego wyobraźnię do strasznych przypuszczeń. Hanaud zadrżał, a Ricardo, nie wiedząc dla­czego Hanaud zadrżał, przeraził się tein więcej. Ale nie tylko Ricardo był tak przejęty. Rozpaczliwy okrzyk przerwał ciszę; był to głos Wethermilla. Twarz jego była śmiertelnie blada.

— Panie! — zawołał — nie wiem, dlaczego pan drży. lecz przypominam sobie kilka słów, które pan powiedział dziś rano.

Hanaud zwrócił się do niego. Twarz jego była bladoszara, oczy błyszczały.      .

— I ja pamiętam te słowa, mój przyjaciela!

Ci dwaj mężczyźni stali teraz oko w oko, a na twarzach ich odbijała się trwoga i przerażenie.

Ricardo usiłował przypomnieć sobie, o jakie słowa im chodziło, gdy odgłos kół przerwał milczenie. Hanaud zmienił się błyskawicznie. Włożył ręce do kieszeni i powiedział swo­bodnie:

— Dorożka Heleny Vauquier, — wyciągnął papierośnicę i zapalił papierosa. — Przypatrzmy się, jak biedna kobieta od- jedzie. Spodziewam się, że jest to zamknięty powóz.

Była to istotnie zamknięta karetka. Przejechała obok otwartego okna salonu i zatrzymała się przed głównym wej­ściem. Wszyscy za Hanaudem zeszli do hallu. Naprzód ukazała się na schodach pielęgniarka, znosząc walizę. Umieściła ją w powozie i czekała w bramie na pacjentkę.

— Może chora zemdlała — powiedziała niespokojnie >’ chwili — i dlatego nie schodzi. — Mówiąc to zwróciła się ku schodom. Lecz Hanaud szybko zastąpił jej drogę.

— Dlaczego pani to przypuszcza? — zapytał zdziwiony a uśmiechem na twarzy. Gdy to mówił jakieś drzwi na górze cicho się zamknęły.

— Otóż i ona.

Ricardo zgłupiał. Wydawało mu się, że drzwi, które tak cicho zostały zamknięte, były bliżej, niż drzwi pokoju Heleny. Był prawie pewny, że drzwi te znajdowały się niżej, na drugim piętrze. Lecz Hanaud nie zauważył nic podejrzanego; a więc widocznie zdawało mu się to tylko. Hanaud powitał schodzącą ze schodów Helenę z uśmiechem.

— Lepilej się pani czuje, nieprawdaż? — zapytał grzecz­nie. — To się widzi natychmiast. Ma pani nawet już trochę kolorów. Za dzień lub dwa przyjdzie pani zupełnie do siebie po tern strasznym przejściu.

Trzymał drzwiczki dorożki otwarte, dopóki nie wsiadła. Pielęgniarka usiadła koło niej; Durette zajął miejsce na koźle. Powóz zawrócił i odjechał.

— Do widzenia! — zawołał Hanaud, spoglądając za powo­zem, aż drzewa alei go zakryły. Potem zachował się dziwnie. Jak strzała pobiegł na schody. Jego zwinność zadziwiła Ricarda. Wszyscy podążyli za nim. Rzucił się do drzwi pokoju Celji, otworzył je, wbiegł do pokoju, stał tam sekundę, potem pobiegł do okna, a towarzyszom dał znak ręką, by pozostali w’ tyle, sam zaś wyglądał z za franki, za którą się schował. Usłyszeli odgłos kół na żwirze. Powóz właśnie wyjeżdżał na ulicę. Durette siedzący na koźle odwrócił się i spojrzał w kie­runku domu. Przez jedną chwilę Hanaud wychylił się z okna, tak jak Besnard to uczynił i tak jak Besnard skinął ręką. Po­tem wrócił do pokoju i zobaczył stojącego przed nim Perricheta z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczyma — Pcrridieta, ‘tego inteligentnego Perricheta.

Proszę pana! — zawołał Perrichet. — Coś zostało za­brane z tego pokoju!

Hanaud rozejrzał się i zaprzeczył ruchem głowy.

— Nie! — powiedział.

— Ale Na pewno, panie — nalegał Perrichet. — Proszę tyl­ko spojrzeć. Tu na toaletce był mały słoik jakiejś pomady. Stał tutaj, w tern oto miejscu, gdyśmy byli w tym pokoju przed godziną, a teraz go niema.

Hanaud zaśmiał się wesoło.

— Przyjacielu Perrichet! — powiedział z ironją. — Zape­wniłam pana, że gazety pana nie doceniają. Pan jesteś więcej, jak inteligentny. Prawda, mój przyjacielu, leży — wedle stare­go przysłowia — na dnie studni, lecz pan chciałbyś ją znaleźć na dnie słoika z wazeliną. Ale chodźmy już. W tym domu nie mamy nic więcej do roboty.

Wyszedł z pokoju. Perrichet stał chwilę zawstydzony, cały w płomieniach. Hanaud dał mu nauczkę i słuszną. Teraz to zrozumiał; chciał okazać swoją bystrość, za wszelką cenę chciał popisać się swoim sprytem i ośmieszył się. Nie po­winien był mówić o tym słoiku.

Zeznania Heleny Vauquier

A. E. W. Mason „Tajemnica Willi Róż”

Pielęgniarka otworzyła drzwi. Helena Vauquier siedział! oparta o poręcz, krzesła, wyglądała choro i twarz miała bar­dzo bladą. Gdy jednak wszedł Hanaud, komisarz i wszyscy inni, wstała, by ich przywitać. Ricardo stwierdził dokład­ność opisu Hanaud‘a. Przed nim stała kobieta 35-cio lub 40-letnia, o grubych rysach, w skromnej czarnej sukni, silna, o wybitnym chłopskim typie, robiąca wyrażenie uczciwej i zaufania godnej osoby. Wyglądała na to, czym była, zau­faną panną służącą starszej pani. Na jej twarzy malował się wyraz gorącej prośby.

— O panie — zaczęła — pozwól mii odejść stąd, nawet do więzienia, lecz zostać tu, gdziem w latach poprzednich była tak szczęśliwą ł moja pani, leżąca w pokoju pode mną – ­nie, to jest nie do zniesienia.

Opadła na krzesło. Hanaud się do niej zbliżył

— Tak, tak — powiedział, uspokajając ją — rozumiemy wasze uczucia, moja biedna kobieto. Nie będziemy was tutaj dłużej zatrzymywali. Czy może macie jakichś znajomych, do których moglibyście się sprowadzić?

— O tak!—zawołała z wdzięcznością—jakżeż’ panu dzię­kuję. Miałabym spać tutaj tej nocy! Sama myśl o tein przej­mowała mnie trwogą.

— Nie potrzebowała się pani tak obawiać. My prze­cież nie jesteśmy tak groźni, jak goście zeszłej nocy — po­wiedział łlanaud — przysuwając krzesło do niej i głaszcząc jej rękę że współczuciem. Chcielibyśmy bardzo, żeby pani nam powiedziała wszystko, co pani wie o tej sprawie. Pro­szę się nie spieszyć, jesteśmy wyrozumiali.

— Ale panie, ja niczego nie wiem — zawołała — powie­dziano mi, że mogę się położyć do łóżka, gdy tylko ubiorę panną Celję na seans*

— Na seans!—mimo woli wyrwało się Ricardowi. Znów’ stanęła mu przed oczami sala w Leamington. Lecz Hanaud zwrócił silę do niego, i chociaż wyraz uprzejmy z jego twa­rzy nie znikł, w oczach jego było coś takiego, że Ricardo musiał się zarumienić.

— Czy pan znów coś powiedział, pan/c Ricardo? — spytał detektyw. Nie? Nie przypuszczałem też, żeby to było możliwe — i zwrócił się znowu do Heleny Vauquier. Więc p. Celja urządzałd seanse? To dziwne. Chcielibyśmy coś o tern słyszeć. Kto wie, jaką drogą dojdziemy do prawdy.

Helena Vauquier potrząsnęła głową.

„Źle jest, że pan chciałbyś się dowiedzieć prawdy ode mnie. Musi pan wiedzieć, że nie mogę mówić bezstronnie o p. Celji, nie, nie mogę. Nie lubię jej. Byłam o nią zazdro­sną, tak, zazdrosną, panie. Chce pan wiedzieć prawdę? Nie­nawidziłam jej z całego serca!” Zaczerwieniła się i wbiła palce w poręcz krzesła. ,.Tak, nienawidziłam jej. Cóż mogę na to poradzić?”

„Dlaczego?, spytał Hanaud spokojnie. — „Dlaczego nie mogła pani temu zaradzić?”

Helena oparła się o poręcz krzesła, widocznie osłabiona, i uśmiechnęła się blado.

„Powiem panu wszystko, lecz proszę pamiętać, że mówi do pana kobieta i że niektóre rzeczy, które wydadzą się panu głupimi i mało znaczącymi, są dla mnie bardzo ważne. Było to w czerwcu tego roku. Pomyśleć tylko, że tak niedawno nie było jeszcze panny Celji — Hanaud, widząc jej wzburzenie, chciał ją uspokoić, dodała jednak prędko: „Tak, tak, będę już panowała nad sobą, lecz gdy myślę o pani Dauvrey… — i potem zaczęła już gładko opowiadać swoją historię.

Ricardo znalazł odpowiedź na pytanie, które go tak nie­pokoiło, a mianowicie, jak młoda dziewczyna, tak dystyngo­wana, jak Celja Harland, mogą żyć w towarzystwie kobiety, w typie p. Dauvrey.

„A więc pewniej nocy w czerwcu pani posila w towa­rzystwie do restauracji na. kolacje, gdzieś na Montmartre i wte­dy przywiozła do domu p. Celję. Trzeba było ją widzieć tego wieczora. Miała spódniczkę i żakiet, które rozpadały się wprost na kawałki i ginęła z głodu. Pani opowiedziała mi całą jej historię jeszcze tego samego wieczora, gdy ją rozbielałam. Panna Celja tańczyła pomiędzy stołami, by zjeść ko- rację z kimkolwiek, kto by chciał z nią tańczyć”.

Znowu głos jej zabrzmiał gniewnym brzmieniem. Była to chłopka, pełna przesądów i uprzedzeń, wyrażająca swoją wzgardę i niechęć bez oszczędzania. Wethermil musiał wszystkiego wysłuchać. Ricardo nie miał odwagi spojrzeć w jego kierunku.

„Lecz mało kto chciał tańczyć z nią w tych łachmanach. Tylko moja pani była tak dobra i zaprosiła ją na kolację. Pani moja dała jej jeść i wysłuchała jej historii rozpaczy i głodu, uwierzyła jej i przywiozła ją do domu. Pani moja była tak dobrą, a przytym nieostrożną w swojej dobroci. Teraz leży w nagrodę za to — zamordowana.” Westchnęła Twarz jej drżała histerycznie, ręce pracowały nerwowo. Hanaud uspokajał ją, jak mógł.

Helena Vauqier przerwała na parę chwil, by przyjść do siebie.

„Przepraszam pana bardzo, lecz ja tak długo byłam u pa­ni. Nieszczęśliwa kobieta! Ale już mi lepiej. A więc pani sprowadziła ją do domu i za tydzień nae było rzeczy, która byłaby zbyt piękną dla pani Celji. Pani była naiwna, jak dziecko. Zawsze ją oszukiwano, nigdy nie wiedziała, co to ostrożność. Lecz. nikt tak prędko nie znalazł drogi do serca pani, jak panna Celja. Panna Celja została u niej. Musiała być ubieraną przez pierwsze krawcowe, nosiła koronkowe halki i najpiękniejszą bieliznę, długie białe rękawiczki i piękne wstążki, a kapelusze od Camine Reboux po dwanaście tysięcy franków, a ja — musiałam jej usługiwać i stroić ją we wszyst­kie te wspaniałości.

Helena opowiadała z coraz wzrastającą nienawiścią. Każde słowo dyszało złością. Spojrzała po wszystkich i wzruszyła ramionami.

— Prosiłam was, żebyście się do mnie nie zwracali. Nie mogę mówić bezstronnie lub nawet spokojnie o pannie Celji. Panowie mnie zrozumieją: przez długie lata byłam więcej niż służącą pani,, byłam jej powiernicą. Nazywała mnie w swej dobroci swoją przyjaciółką. Mówiła ze mną o wszystkim, radziła się we wszystkim i wszędzie zabierała mnie ze sobą. Nagle przyprowadza do domu o drugiej godzinie w nocy małą dziewczynę z ładną buzią z jakiejś restauracji na Montmartre. Za tydzień ja jestem niczym, ale to niczym, a p. Celja jest królową.”

„Rozumiemy to dobrze” — powiedział Hanaud współczu­jąc — „nie byłoby to ludzkie, gdyby pani nie odczuwała gniewu. Lecz proszę nam powiedzieć coś o tych seansach. Jak się rozpoczęły?”

„Oh panie” — odpowiedziała Helena — „nie było to trud­ne z moją panią. Pani Dauvrey miała specjalne zamiłowanie do wróźbiarzy i wszelkich oszustów tego rodzaju. Ktokolwiek z talią kart i jakimś bzdurstwem o jakiejś niebezpiecznej bru­netce lub kulejącym mężczyźnie ukazał się — pan zna te historie — które oni opowiadają w pół oświetlonym pokoju, by omamić łatwowiernych — mógł wykorzystać pani zabobonność. Lecz pan zna ten typ.”

„Rzeczywiście znam” — powiedział Hanaud z uśmiechem.

— Trzy tygodnie po przybyciu p. Celji, rano przy czesaniu rozmawiałyśmy o pani słabostce do najrozmait­szych wróżb i wróżbitów. Powiedziałam wówczas, szkoda, że nasza pani tak się uzależnia od tych ludzi — i gdybym ja tylko chciała jej być pomocą, potrafiłaby zabawić panią czymś bardziej zajmującym. Przyrzekłam pomoc. Nie zda­wałam sobie sprawy, jaką władzę włożyłam jej do rąk. Gdybym przypuszczała cośkolwiek, odmówiłabym jej pomocy. Poza tym chciałam dobrze żyć z p. Celją. Zgodziłam się też bez namysłu, a gdy raz się zgodziłam, nie mogłam już później odmówić, bo panna Celja byłaby w jakiś sprytny sposób powiedziała, że mam zły wpływ na jej seanse i z pewno­ścią wpłynęłaby na panią, żeby mnie oddaliła. Z drugiej strony nie mogłam znowu wyznać pani całej prawdy, bo gdybym jej była powiedziała, że byłam pomocą w oszuki­waniu jej, byłabym i w tym wypadku narażona na utratę tak dobrego miejsca. I tak seanse te trwały.

— Rozumiem — powiedział Hanaud — że pani była w trudnym położeniu. My—tu zwrócił się do komisarza — nie weźmiemy pan mi tego za złe.

Komisarz przytakiwał.

— Życie nie jest łatwe.

— Więc seanse się zaczęły — powiedział Hanaud, nachylając się z zaciekawieniem nad nią. To, pani Heleno, jest dziwne i ciekawe, co mi tu pani opowiada. W jaki sposób się one odbywały? Na czym polegała pani pomoc? Cóż panna Celja czyniła? Uderzała w ciemności prawdopodo­bnie w stół, grała na tamburynkach, w rodzaju tego, który wisi w salonie na ścianie — wyliczał to z odcieniem lekkiej ironii.

Ricardo był rozczarowany. Hanaud jednak nie prze­oczył tego bębenka, mimo, że nie posiadał tak, jak Ricardo ważnych danych, by zwrócić nań uwagę, nie tylko zauwa­żył, ale zapamiętał go sobie.

— Czy nie tak?—spytał.

— Ach panie!—zawołała Helena — bębenki, stukanie w stół, to jeszcze nic, panna Celja umiała wywoływać duchy, które ukazywały się i mówiły.

— Naprawdę? 1 nigdy nie przyłapano jej na tern. Panna Celja musiała być nadzwyczaj zręczną osobą?

— Tak jest. Jej zręczność była naprawdę zadziwia­jącą. Czasem pani i ja byłyśmy same tylko obecne, cza­sem byli jeszcze i goście, których pani z dumą zapraszała. O! bo pani była bardzo dumną z tego, że jej towarzyszka umie wywoływać duchy. Lecz nigdy panny Celli nie przy­łapano. Opowiadała mi, że przez długie lata, będąc niemal dzieckiem jeszcze, objeżdżała całą Anglię i występowała w tego rodzaju produkcjach.

„Panna Celja w długiej, czarnej, aksamitnej sukni, która dobrzemvjxłatniała jej białe ręce i ramiona — O! panna Celja nigdy o tych szczegółach nie zapominała” — przerwała He­lena z ponownym rozgoryczeniem. — „Zjawiała się w salonie, ciągnąc swój tren za sobą, niekiedy mówiła, że czuje jakąś siłę, która się jej sprzeciwia i siadała cicho na krześle, pod­czas gdy pani nie spuszczała jej and na chwilę z oka. Potem p. Celja mówiła, że dziś wieczór jest w transie i że duchy na jej zawołanie przyjdą. Wtedy wprowadzano ją do jakiejś alkowy, czasem drzwi do tej alkowy zawiązywano sznurem — pan rozumie, że sznur to już była inna sprawa — potem zaciemniano światła, czasem nawet całkiem je gaszono. Innym znów razem siedzieliśmy wszyscy, trzymając ręce do­koła stołu. Panna Celja pomiędzy panią Dauvrey a inną. Lecz w tym wypadku światła zawczasu gaszono i pani Dauvrey trzymała moją rękę zamiast ręki panny Celji. Wte­dy — czy z alkowy, czy z krzesła, p. Celja skradała się ci­chutko po pokoju, w pantofelkach o miękkich podeszwach, które nosiła, by przytłumić swoje kroki i tak jak pan mówił, bębenki się odzywały, jakieś palce dotykały czoła i szyi, gło­sy przemawiały z rogów pokoju, niewyraźne zjawiska duchów wielkich kobiet przeszłość i ukazywały się i rozmawiały z panią Dauvrey. Tego rodzaju ludzie jak de Castiglione, Marja Antonina, Ałmę de Medici — nie przypominam sobie zresztą wszytkich nazwisk i przypuszczam, że je źle wymawiam. Po­tem głosy cichły, światło się zapalało i pannę Celję widziano znowu w tej samej pozycji, w jakiej była, zanim światła zgaszono, w tym samym transie. Niech pan sobie wyobrazi wra­żenie takich seansów na kobiecie tego rodzaju jak pani Dauvrey. Szalała za niemi, wierzyła w nie niezbicie. Słowa tych wielkich pań z przeszłości pamiętała i .powtarzała i była nie­bywale dumna, że tak wielkie panie powracały na świat, jedy­nie po to, aby opowiadać jej, pani Dauvrey, o swoim życiu. Chętnie byłaby urządzała seanse codziennie, lecz panna Celja wymawiała się tern, że one ją wyczerpują. Ale też ta .panna Celja była sprytna. Na przykład: może się to panom wyda śmiesznym — ale panowie powinni pamiętać, jaką była pani Dauvrey. Oto pani naszej specjalnie zależało na tern, by roz­mawiać z duchem pani de Montespan. Tak, czytała ona jej pamiętniki; najprawdopodobniej panna Celja poddała pani naszej tę myśl, bo pani nie lubiła zresztą książek. Ginęła, by usłyszeć głos tej sławnej kobiety i by uchwycić blady cień jej twarzy. Ale nigdy do tego nie doszło, ciągle wyczekiwała tego i ciągle panna Celja męczyła ją tą nadzieją, nie zadawalając jej. — Widocznie nie chciała wygrać wszy­stkich swych kart od razu. I tern zdobyła sobie władzę nad pa­nią Dauvrey jeszcze większą. Wszyscy wróżbici poszli w kąt. Pani zaś nie przestawała dziękować Bogu za szczęśliwy traf. który sprowadził pannę Celję do jej domu. A teraz leży tutaj zamordowana!“.

Głos Heleny znów się załamał, Hanaud podał jej szklankę wody.

„Czy lepiej pani?“

„Tak, panie’1 odpowiedziała, przychodząc do siebie.

„Czasem także” — dodała — wiadomości od duchów zla­tywały na kartkach papieru, pisanych przez duchy.”

„Pisanych przez duchy?” zawołał prędko Hanaud.

„Tak, odpowiedzi na pytania. Panna Celja miała je przy­gotowane. Ach, jak zręcznie ona to wszystko robiła!”

„Lecz przypuszczam, że czasem były pytania, na które panna Celja nie umiała dać odpowiedzi?”

„Czasem” — przyznała Helena — „gdy goście byli obe­cni. Gdy pani Dauvrey była sama, każda odpowiedź była do­bra. Była to przecież kobieta niewykształcona. Lecz inaczej bywało, gdy byli obecni obcy ludzie, mało znani pannie Celji. Ci, by ją wypróbować, zadawali pytania, których odpowiedź znali, a panna Celja jej znać nie mogła”

„Oczywiście, i jak sobie wtenczas radziła?”

Wszyscy obecni zrozumieli, do czego Hanaud zmierza i czekali w naprężeniu na jej odpowiedź.

Uśmiechnęła się.

„Pannie Celji było wszystko jedno. Była przygotowaną na tego rodzaju trudności. Wspaniale przygotowaną”.

Na twarzy Hanaud‘a ukazało się zdziwienie.

„Tylko jeden sposób mogę sobie tu wyobrazić” — i spoj­rzał na komisarza i Ricarda, tak, jak gdyby ich pytał o zdanie. „Myślę, że wtedy mogła przylecieć od duchów odpowiedź na piśmie, że poprostu „nie wiedzą”.

„O, nie, panie” — odpowiedziała Helena, z politowaniem dla naiwności Hanaud‘a. „Widzę, że pan rzadko bywa na seansach. Duch nigdy nie przyznałby się, że czegoś nie wie. Natychmiast autorytet jego zmalał by, a z nim autory­tet panny Celji. Lecz z drugiej strony, z powodów niewiado­mych duchy mogą otrzymać zakaz odpowiadania”.

„Rozumiem” powiedział Hanaud, przyjmując ze skrom­nością to sprostowanie — „duchy mogą się wymówić zakazem odpowiedzi, ale nigdy nie przyznają się, że czegoś nie wiedzą”:

„Nie, nigdy” powtórzyła Helena. A więc Hanaud musiał szukać innego wytłumaczenia dla tych słów. „Nie wiem”, na­pisanych na karteczce papieru.

Helena opowiadała dalej, jak trudno było zaskoczyć Celję. Miała przy 9obie szal koronkowy, którym owijała głowę, przy­bierając wygląd, jaki jej był potrzebny. Głos tak zmieniała, że był nie do poznania.

„Ach tak, panna Celja była niezwykle zręczna!”

Wszyscy słuchacze byli głęboko przekopani o prawdzi­wości opowiadania Heleny Vauqurer. Pani Dauvrey stanęła im przed oczyma, jasno, jak za żyda. Te sztuczki Celji były tak żywo opisane, że napcwno nie mogły być zmyślone. W każ­dym razie wyobraźnia tej kobiety, której usta z trudem wy­mawiały obce wyrazy, nie mogła lego wszystkiego stworzyć. Skąd mogłaby też znać te nazwiska?

Nigdy nie potrafiłaby wymyśleć np. takich szczegółów, jak ta namiętna chęć rozmawiania z panią Montespan. Te szczegó­ły były bezsprzecznie prawdziwe.

A Ricardo miał pewność, że są prawdziwe. Przecież on sam widział dziewczynę tę w czarnej aksamitnej sukni, zam­kniętą w alkowie i wizje jakichś sławnych kobiet, ukazujące się w ciemności. Wprawdzie ta uzasadniona zazdrość Heleny |Vauqier zabarwiała nieco całą tę historię, ale dużo w niej było prawdy.

„A teraz możemy już mówić o wczorajszym wieczorze. Więc zeszłego wieczora odbył się seans?”

„Nie, panie”, powiedziała Helena, „wczoraj wieczorem nie było seansu”.

„Lecz pani mówiła” — wtrącił komisarz, ale Hanauo przerwał mu ruchem ręki.

„Daj jej pan dokończyć. Niechże pani dalej mówi.“

„O piątej popołudniu pani Dauvrey i panna Celja przy gotowały się, by opuścić dom. Zwykle wychodziły o tej po rze do kasyna, spędzały tam parę godzin, jadły obiad w re­stauracji i wieczorem znów wracały do kasyna. Tym razem jednak parni Dauvrey powiedziała Helenie, że wrócą wcześnie i że przyprowadzą ze sobą gościa, który bardzo interesuje się seansami spirytystycznymi, lecz odnosi się do nich zupełnie sceptycznie. „Lecz dzisiejszego wieczora przekonamy ją“, po­wiedziały zwracając się pełna otuchy do Celji, gdy wycho­dziły. Tuż przed ósmą Helena zamknęła okiennice na obu piętrach i drzwi? prowadzące do ogrodu i powróciła do kuchni, która mieściła się z tyłu, to jest od strony, wychodzącej na uli­cę. O siódmej spadł desrzcz, który trwał przez całą prawic godzinę. Bezpośrednio po zamknięciu okiennic deszcz znów padał, tym razem silniej. Helena, wiedząc, że pani nie lubiła chłodu, zapaliła ogień w kominku w salonie. Deszcz padał do dziewiątej godziny, potem wypogodziło się.

Było około wpół do dziesiątej, gdy z salonu odezwał się dzwonek. Helena była pewna, że była to właśnie ta godzina, gdyż posługaczka zwróciła jej na to uwagę. „Zastałam w sa­lonie panią Dauvrey, pannę Celję i jeszcze jedną kobietę. Pani otworzyła bramę swoim kluczem i wpuściła je do willi”.

„A tamta kobieta! — zawołał Besnard. — Czy pani ją widziała już kiedyś przedtem ?“

„Nie, nigdy”.                                                      .

„Jak ona wyglądała ?“

„Była blada, z czarnymi włosami i błyszczącemi oczami, wzrostu niskiego, około czterdziestu pięciu lat, choć trudno było jej wiek osądzić. Gdy zdjęła rękawiczki., zauważyłam, że miała ręce niezwykle silne, jak na kobietę”.

„A!“ zawołał Besnard „to jest bardzo ważne”.

„Pani Dauvrey jak zwykle przed seansem była w wielkim podnieceniu. — „Heleno, proszę pomóc pannie Celji się przebrać, a proszę zrobić to szybko” — a potem dodała z jakąś tęsknotą w głosie: „Może tej nocy zobaczymy ją na­reszcie”. „ONA“, to jest parni de Montespan, pan rozumie. Zwra­cając się do gościa, powiedziała: „po dzisiejszym seansie i ty uwierzysz, Adelo”.

„Adela?” powiedział komisarz z bystrą miną — „więc ta obca kobieta nazywała się Adela?”

„Może” — powiedział Manaud oschle.

Helena zastanowiła się.

„Zdaje mi się, że imię jej było Adela” powiedziała już tonem nieco powątpiewającym „brzmiało jak Adela”.

Niepoprawny p. Ricardo czuł się zmuszony zabrać głos.

„Pan Hanaud pewnie ma na myśli”, wytłumaczył z miną człowieka zachwyconego swoją bystrością, „że Adela był to najprawdopodobniej pseudonim tylko”.

Hanaud zwrócił się w jego stronę wściekły.

„To jej z pewnością dopomoże”, zawołał. „Pseudonim! Helena Vauqier może też zrozumieć takie proste i codzienne słowo. Jak sprytny jest nasz p. Ricardo! lego spostrzeżenia są zdumiewające!” I rozłożył ręce w ironicznym zachwycie.

Ricardo zaczerwienił się, lecz nie odpowiedział ani słowa. Bał się, że zostanie wyproszony z pokoju, więc .znosił docinki i dawał się strofować jak chłopak. Na szczęście komisarz od­wrócił od niego uwagę.

„Pseudonim znaczy fałszywe imię” — powiedział do He­leny Vauquier, objaśniając jej słowa Ricarda. Przypuszczam, że imię Adela mogło być zmyślone”.

„Adela zdaje mi się, było imię, które słyszałam” powtó­rzyła Helena pewniejszym głosem, szukając w pamięci.

„Możemy ją nazwać Adelą” powiedział Hanaud, nie tając niecierpliwości. „Cóż za różnica? Proszę, niech pani opowia­da dalej, panno Heleno”.

„Pani ta siedziała wyprostowana i sztywna na krześle, z miną nieufną, tak, jak gdyby z góry była pewną, że nic nie potrafi jej przekonać i śmiała się z niedowierzaniem”.

Wszyscy obecni mogli sobie żywo tę scenę wyobrazić: tę kobietę, zdejmującą rękawiczki z muskularnych rąk, z miną drwiącego niedowiarka, zdenerwowaną panią Dauvrey, prze­jętą swoją misją przekonania jej, i pannę Celję, wybiegającą z pokoju, by włożyć swoją czarną suknię, niewidoczną w pół­mroku.

„Podczas gdy zdejmowałam suknię, panienka”, ciągnęła Helena dalej, „powiedziała: „Gdy zejdę do salonu możesz si} położyć spać, Heleno. Po panią Adelę — tak jest powiedziała: Adela, — przyjedzie automobilem jej przyjaciel. Ja ją wypusz­czę i zamknę za nią drzwi. Więc jak usłyszysz auto, będziesz wiedziała, że to po nią przyjechano”.

„Tak powiedziała?” wtrącił Hanaud prędko.

„Tak, panie”.

Hanaud spojrzał posępnie na Wethermilla. Potem zamienił szybkie spojrzenie z komisarzem i prawie niewidocznie wzru­szył ramionami’. Ricardo zauważył tan ruch i wytłumaczył go na swój sposób, a mianowicie jednym słowem: winna. ”

Helena również ten ruch zauważyła.

„Niech pan nie osądza jej za prędko”, powiedziała, jakby z wyrzutem sumienia. „I nie na podstawie moich słów. Jesz­cze raz powtarzam, nienawidziłam jej!”

Hanaud tylko skinął a ona ciągnęła dalej:

„Byłam zdziwiona i spytałam, jak on da sobie radę bez swojej pomocnicy. Ona się roześmiała i powiedziała, że nie sprawi jej to żadnej trudności. Z tego też powodu przypuszczam, że zeszłej nocy seans się nie odbył. Panie, w głosie jej był jakiś ton tego wieczora, którego wtenczas nie rozumiałam. Panienka potem wykąpała się, podczas, gdy ja przygotowałam jej czarną suknię i pantofelki na miękkich po­deszwach. Teraz powiem dlaczego jeszcze jestem pewna, że seans się nie odbył. Panna Celja nie miała wcale zamiaru, żeby się odbył”.

„Proszę nam to wytłumaczyć” powiedział Hanaud zacie­kawiony.

„Mam tu opis stroju panny Celji, gdy schodziła na dół”.

Helena wzięła arkusz papieru ze stolika stojącego obok niej. „Napisałam to na prośbę pana komisarza”. Podała pa­pier Hanaudowi, który go przejrzał, podczas gdy ona opowia­dała dalej: „Oprócz płaszcza z białych koronek, ubrałam pan­nę Celię właśnie w ten oto sposób na jej wyraźne życzenie. Kazała się ubrać w najnowszą wieczorową suknię z zielonej gazy na jedwabnej podszewce, w której jej było przepięknie. Sukilenka była głęboko dekoltowana, miała długi tren, który szeleścił przy każdym poruszeniu. Zażądała również zielonych pończoch i pantofelków z wielkimi błyszczącymi klamrami i torebki’ z zielonego jedwabiu, przytwierdzonej dwoma błysz­czącymi klamrami do paska. Związałam jej jasne włosy sre­brną wstążką i włożyłam jej na głowę duży zielony kapelusz z piórami strusiemi. Zwróciłam panience uwagę, że w saloniku na kominku palił się ogień i nawet z parawanikiem przed ko­minkiem klamry przy bucikach będą migotały w odbłysku ogniła na podłodze i zdradza ją, nawet gdyby nikt mie dosły­szał szelestu sukni. Odpowiedziała, że w odpowiedniej chwili zrzuci pantofle. Przyznacie panowie, że nie w ten sposób

ubiera się na seans” zawołała kiwając głową — „lecz w ten sposób ubiera się, gdy się oczekuje swego kochanka”.

To powiedzenie zaskoczyło wszystkich. Ricardo oniemiał. Wethermpillowi wyrwał się okrzyk protestu. Komisarz zawo­łał z zachwytem: „To jest pomysł!”. Nawet Hanaud ruszył się na krześle, chociaż wyrazi twarzy jego nie zmienił się i nie spuszczał oczu z Heleny.

„Słuchajcie, panowie”, mówiła dalej — „powiem wam coś więcej: jak zwyczajnie w stołowym pokoju, po drugiej stronie hallu przygotowałam lemoniadę i ciastka. Przypuszczam moż­liwość, że podczas tego, gdy panna Celja się ubierała, pani i ta obca osoba przeszły do stołowego pokoju. Wiem, że panna Celja, gdy tylko była ubrana, zbiegła wprost do salonu. Przy­puśćmy, że panna Celja oczekuje swojego kochanka, z którym chciała uciec. Przebiegła przez salon i otworzywszy szklane drzwi ucieka pozostawiając drzwi otwarte. Złodziej wspólnik Adeli zastaje drzwi otwarte i zamyka się w salonie aż do po­wrotu pani Dauvrey. Widzi pan, to przypuszczenie uniewinnia pannę Celję.

Helena przechyliła się naprzód z rumieńcem na twarzy. Nastąpiło chwilowe milczenie, które przerwał Hanaud.

„Wszystko to bardzo piękne, pani Heleno, lecz to nie tłu­maczy koronkowego płaszcza, w którym dziewczyna odeszła. Musiała przecież powrócić do pokoju, by go wziąć ze sobą, gdy pani już poszła spać”.

Na twarzy Heleny Vauquier ukazało się rozczarowanie.

„To prawda, zapomniałam’ o płaszczu. Nie lubiłam panny Celji, ale w gruncie rzeczy nie jestem złą kobietą”.

„Poza tym lemoniada i ciastka zostały nietknięte w stoło­wym pokoju” przerwał jej komisarz.

I tym razem rozczarowanie brzmiało w słowach Heleny.

„Czy tak?” spytała. „Nie wiem, trzymano mnie tu w uwięzi”.

„Słuchajcie, słuchajcie!” zawołał komisarz ogromnie za­dowolony. „To jest teoria, która wszystko tłumaczy. Trzeba tylko skombinować teorię Heleny z naszą, a zobaczymy, że przypuszczenie Heleny jest aż do pewnego punktu słuszne. Przyjmijmy, panie Hanaud, że dziewczyna ta oczekiwała swe­go kochanka, a kochanek ten był właśnie mordercą. Toby nam wszystko wyjaśniło. Nie ucieka do niego, lecz otwiera mu drzwi i wpuszcza go do domu”.

Hanaud i Ricardo ukradkiem spojrzeli na Wethcrmilla, jakie wrażenie na nim ta teoria zrobi. Wethcrmill stał oparty o ścianę, z twarzą bladą i wykrzywioną cierpieniem. Lecz ja­kaś zaciętość malowała się w jego twarzy. Zaciętość człowieka, który raczej w milczeniu zniesie zniewagę, niż da się prze­konać o podłości kobiety, którą kocha.

„Tego powfledzieć nie mogę. Mówię tylko to, co wiem. Jestem kobietą i trudno byłoby dla młodej dziewczyny, która z utęsknieniem oczekuje swego kochanka, zachować się tak, by druga kobieta tego nic zauważyła. Ta kobieta może być nie­wykształcona i nieinteligentna, a jednak pozna zawsze. Nie trzeba słów by to spostrzedz. Bo niechże panowie tylko zwró­cą uwagę”, ciągnęła dalej z uśmiechem. „Młoda dziewczyna drżąca cała z podniecenia, pragnąca pokazać najpełniej swoją piękność. Wyobraźcie sobie usta wyczekujące pocałunków… Czyż druga kobieta na tern nie poznałaby się? Panna Celja była zaróżowiona, oczy jej błyszczały, nigdy nie wyglądała tak przepięknie, na złotej głowie zielony kapelusz, faktycznie przeszła sama siebie tego wieczora. Potem westchnęła z za­dowolenia, że tak ładnie wgląda, jedną ręką zebrała swój tren, do drugiej wzięła jedwabne rękawiczki i zbiegła ze scho­dów, postukując obcasami, błyszcząc klamrami. Na dole od­wróciła się i jeszcze raz powiedziała: „Pamiętaj, Heleno, mo­żesz się położyć”. I znowu nienawiść Heleny Vauquier wzięła górę:

– Dla niej piękne suknie, przyjemności, szczęście. Dla mnie — dla mnie — nic — mogłam się położyć spać”.

Hanaud znowu spojrzał na opis. który Helena mu podała i przeczytał go dokładnie. Potem postawił pytanie, którego znaczenia Ricardo nie zrozumiał:

„Proszę pani” powiedział, „Gdy dziś rano, przeglądała pani garderobę panny Celji. aby się przekonać, co z jej rzeczy brakuje, bo jak pani twierdziła, dobrze byłoby, gdyby pani dla dokładnego opisu ubrania panny Celji, przekonała się o tym w jej garderobie — czy nie zauważyła pani żadnego braku, prócz płaszcza koronkowego?

„Nie”.

„A gdy panna Celja zeszła na dół…?“

„Zgasiłam światło w jej pokoju v tak, jak powiedziała, poszłam spać. Potem tylko jeszcze pamiętam… ale nie — zbyt mnie to przeraża, gdy myślę o tern”.

„Helena zadrżała; ukryła twarz w rękach, ale Hanaud ła­godnie ujął jej ręce i uspokajał ją, jak mógł „Odwagi, przecież jesteś już teraz bezpieczna, uspokój się, pani. Oparta się w fotelu z oczami zamkniętemi.

„Ach teraz jestem bezpieczna, lecz nigdy nie odważę się zasnąć znowu”. Oczy jej zaszły Izami. „Zbudziłam się z uczu­ciem duszności. Światło paliło się w pokoju. Obca kobieta mu- skularneini rękami trzymała mnie za ramiona, podczas gdy mężczyzna jakiś z czapką nasuniętą głęboko na oczy, z ma­łym czarnym wąsikiem^ przyciskał do moich ust szmatkę, z której jakiś dziwnie obrzydliwy, słodki smak dostawiał silę do moich ust. Nile mogłam krzyczeć; dusiłam się. Kobieta powie­działa mi brutalnie, abym się cicho zachowywała. Nie mogłam jednak, musiałam się wyrywać. Potem z niesłychaną brutal­nością podniosła mnie trochę, a mężczyzna przycisnął mocno tę szmatkę do moich ust. Mężczyzna trzymał mnie mocno wol­ną ręką, a ona zawiązała mi silnie ręce na plecach. Spójrzcie tylko panowie”, tu wyciągnęła swe ręce. Były strasznie opu­chłe. Czerwone pręgi wskazywały, gdzie sznur głęboko wrył silę w ciało. „Potem rzucili mnie znów na łóżko i pierwsze, co sobie przypominam znowu, to był doktor, stojący nade mną i ta oto pielęgniarka, która mnie podtrzymywała”.

Upadła w głąb fotelu wyczerpana i ścierała chusteczką czoło; pot kroplisty spływał jej po twarzy.

„Dziękuję pani”,’— powiedział Hanaud poważnie. „Zmę­czyliśmy panią porządnie, rozumiem to, lecz teraz już to za­kończymy. Prosiłbym, żeby pani jeszcze raz przeczytała ten opis panny Celji. Może się pani jeszcze przekona, czy pani cze­goś nie opuściła” i podał jej papier.

„Chcę go dać do gazet, więc zależy mi na tein, żeby był zupełny. Panno Heleno, proszę zobaczyć, czy pani niczego nie przeoczyła”.

Helena nachyliła się nad karteczką i powiedziała po chwili:

„Nie, nie przypuszczam, żebym cokolwiek zapomniała” i oddała mu karteczkę.

„Pytam się”, tłumaczył się Hanaud, „bo słyszałem, że pan­na Celję zwykle nosiła brylantowe kolczyki, a tutaj nie są one wymienione”.

Helena lekko się zarumieniła:

„To prawda, zapomniałam, czysta prawda”.

„Każdy mógłby zapomnieć o takiej drobnostce” powiedział Hanaud. „Lecz teraz pani sobie przypomni, czy panna Celja nosiła je zeszłego wieczora?” Pełen wyczekiwania przechylił się i czekał na odpowiedź. Wethermill również poruszył się.

Obaj widocznie wielką wagę przykładali do jej słów. Ona pa­trzała na Hanauda przez kilka chwil bez odpowiedzi.

„Nie ja mam dać pani na to odpowiedź11 powiedział spo­kojnie Hanaud.

„Wiem, panie”, powiedziała, rumieniąc się. „Namyślam się tylko.

„Ozy nosiła je, gdy schodziła na dół wczoraj wieczór?“

„Zdaje się, że je nosiła” powiedziała niepewnym głosem Helena. „Tak, teraz sobie przypominam. Pamiętam dobrze, pan­na Celja zdjęła je przed kąpielą. Leżały na toaletce i włożyła je, podczas gdy ją czesałam”.

„A więc dodamy do tego opisu i kolczyki”, powiedział Ha­naud ii wstał z krzesła z karteczką papieru w rękach. „A teraz nie będziemy już pani męczyć więcej panną Celią. Złożył pa­pier, wsunął do swego portfelu. „Niech pani nam jeszcze po­wie kilka słów o pani Dauvrey. Czy miała ona dużo pieniędzy w domu?1

„Nie, panie, bardzo mało, znano ją dobrze w Aix i przyj­mowano jej czeki chętnie. Było przyjemnie służyć u pani; mia­ła tak wielki kredyt”, powiedziała Helena Yauąuier, podnosząc głowę, jak gdyby i na nią padał odblask tego dobrobytu.

„Bezwątpienia”, przyznał Hanaud. „Dużo jest wielkich do­mów, których kredyt jest naciągnięty i nie jest to zbyt przy­jemne dla służby”.

„Tak jest, musi się z tern ukrywać przed służbą sąsiadów. Poza tym”, dodała z grymasem wzgardy, „naciągnięty kredyt bankowy, to tak jak podarta halka pod jedwabną suknią. Ni­gdy czegoś podobnego nie było u pani Dauvrey“.

„Nie potrzebowała więc nigdy nosić przy sobie wielkich sum, rozumiem to“ powlledział Hanaud. „Lecz od czasu do cza­su może wygrywała w kasynie?”.

Helena zaprzeczyła.

Namiętnie lubiła ona kasyno, lecz nigdy nie grała wysokie- mi stawkami, a często w ogóle nie grała. Jeżeli wygrała kilka ludwików, była tak zachwyconą i tak bała się przegrać je zno­wu, jak gdyby suma ta odgrywała u niej jakąś rolę. Najwyżej miała w domu dwadzieścia do trzydziestu ludwików”.

„Więc pani przypuszcza, że dokonano tego morderstwa dla jej sławnej biżuterii?”

„Tak, panie.”

„I gdzież trzymała ona tę biżuterię?”.

„W kasie, w; swoim sypialnym pokoju. Co nocy zdejmowała

całą biżuterię, którą miała na sobie i zamykała ją do kasy. Nawet, gdy była bardzo zmęczoną, tego nigdy nie zaniedby­wała”.

„A cóż robiła z kluczem?”

„Tego nie wiem, pierścienie, naszyjniki i t. d. chowało pod­czas gdy ja ją rozbierałam i kładła klucz na toaletce albo na stoliku. Lecz rano klucz nigdy nie leżał już na tern samem miejscu. Chowała go w tajemnicy przede mną”.

„Przypuszczam, że panna Celja wiedziała, że w kasie jest schowana biżuteria?” zapytał Hanaud.

„O, tak, panie dość często była w pokoju, podczas gdy pani Dauvrey rozbierała się lub ubierała, musiała więc też widzieć, jak pani chowała lub wyjmowała z kasy biżuterię. Lecz i ja to wiedziałam”.

Hanaud uśmiechnął się dó niej uprzejmie.

„Dziękuję pani”, powiedział, „już po torturach. Lecz pan Fleuriót będzie jeszcze panią potrzebował”.

Helena Vauquier spojrzała na niego z przerażeniem

„Leczi w międzyczasie mogę opuścić tę willę” prosiła drżącym głosem.

„Naturalnie. Pani może natychmiast odejść do swoich przyjaciół”.

„Ach, panie, dziękuję” zawołała i straciła ponownie pano­wanie nad sobą. Łzy spływały jej z oczu, ukryła twarz w dłoniach i jęczała.

„To głupio- z mojej strony, lecz cóż mogę począć — prze­rywanym głosiem mówiła pośród szlocham „To wszystko było zbyt straszne”.

„Tak, tak , uspokajał ją Hanaud. „Pielęgniarka złoży po­trzebne pani rzeczy do walizki. Pani oczywiście nie opuść* Aix. Poślę kogoś wiraż z panią do tych przyjaciół”.

Zerwała się przerażona.

„O, tylko nie policjanta. I o by mnie skompromitowało. Proszę bardzo!”

„Nie, będzie to człowiek w zwykłym ubraniu, który bę­dzie uważał, aby panią po drodze nie nagabywali reporterzy”.

Hanaud zwrócił się do drzwi. Na podłodze leżał sznur. Podniósł go i zwrócił się do pielęgniarki.

„Czy tym sznurem ręce Heleny Vauquier były związanie?” „Tak”, odrzekła.

Hanaud podał go komisarzowi.

„Proszę to zatrzymać”.

Był to mocny, cienki sznur, tego samego rodzaju, jaki zna­leziono na szyi pani Dauvrey. Hanaud otworzy! drzwi i zwró­ci! się raz jeszcze do pielęgniarki.

„Poślemy po powóz dla Heleny i pani ją odprowadzi do jej przyjaciół. Potem pani już nie będzie potrzebna. Proszę za­pakować trochę rzeczy i znieść na dół. Helena potraf prze­cież zejść już sama, bez pomocy pani”. I z uprzejmym uśmie­chem opuścił pokój.

Ricardo podczas tego przesłuchania namyślał się, z jakie­go punktu widzenia Hanaud traktował Helenę. Był on współ­czujący, a jednak współczucie to mogło być udane. Pytania je­go nie rzucały żadnego światła na to, z jakiej strony zapatruje się na Helenę. Ale teraz wyjaśniło się wszystko. Pozwalając pielęgniarce oddalić się, dał wszystkim do zrozumienia, że ta nie potrzebuje grać więcej roli dozorcy. Powiedział, że pielęgniarka ma znieść rzeczy, a Helena ma zejść sama. Widocznie w oczach Hanaud potrafiła się całkiem oczyścić z podejrzenia.

W saloniku

A. E. W. Mason „Tajemnica Willi Róż”

Juliusz Ricardo odsunął firankę i z dreszczem grozy wszedł do salonu. Był to długi pokój, ładnie, a nawet kokie­teryjnie urządzony. Po lewej ręce tuż przy alkowie widniał mały kominek, ze śladami niedawno wypalonego ognia. Za kominkiem długa, pokryta różowym brokatem kanapka stała nieco odsunięta od ściany. Na obu jej końcach leżały zmięte poduszki. Dalej za kanapką były drzwi, prowadzące do hallu. Za niemi pod lustrem, wmurowanym w ścianę stało biureczko Po przeciwnej stronie, po prawej ręce Ricarda były trzy okna. Między dwoma bliższymi był kontakt elektryczny. Z sufitu zwieszał się świecznik. Lampa elektryczna stała na biurku, a kilka elektrycznych świec na kominku. Mahoniowy stolik okrągły stał między oknami, otoczony trzema krzesłami, z któ­rych jedno było wywrócone, drugie stało pod kontaktem elektrycznym, a trzecie naprzeciw tego ostatniego.

Ricardo nie mógł uwierzyć, że tu rozegrała się przed dwunastu godzinami straszna i tajemnicza tragedia. Przez okna boczne widać było niebieskie niebo, kwiaty i drzewa.

Przez otwarte drzwi szklane dochodził z gazonu świegot ptaków i szum drzew, poruszanych letnim wietrzykiem.

Przypatrywał się Hanaud‘owi, który poruszał się szybko z miejsca na miejsce, z nadzwyczajną zwinnością, jak na tak otyłego mężczyznę, mocno zainteresowany, znajdując tu i tam jakiś ciekawy szczegół, zdradzający mu może obyczaje, żyjących tu ludzi.

Ricardo oparł się o ścianę w pozie wyszukanie niedbałej i zauważył głośno:

— Co ten pokój nam powie?

Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi. Zresztą na pyta­nie to trudno było dać odpowiedź, gdyż pokój naprawdę nie mógł mu dać żadnych informacji. Powiódł okiem po urządze­niu w stylu Ludwika XVI., po białych ścianach, wykładanych drzewem, po błyszczącej podłodze, po różowych firankach. Nawet delikatny plafon na suficie nie uszedł jego uwagi. Nadzwyczajnym było chyba wywrócone krzesło i zmięte podusz­ki na kanapie. Zrobiło mu się dziwnie przykro, tym bardziej, gdyż przypatrywał się węszącej pracy Hanauda Ten ostat­ni w tej chwili był zajęty dokładnym badaniem kanapy i zmię­tych poduszek. Wyjął właśnie swój centymetr i mierzył od­ległość między poduszkami na jednym końcu i poduszką na drugim końcu kanapki. Oglądał stół, mierzył odległość między krzesłami. Przystąpił do kominka i przeszukał popiół. Ale Ri­cardo zauważył dziwną rzecz. Podczas poszukiwań oczy Pa­na ud ciągle wracały do kanapki i zawsze z wyrazem zdziwie­nia, jak gdyby czytał tam coś zupełnie wyraźnego, coś czego jednak nie rozumiał. W końcu wrócił do kanapki, odciągnął ją jeszcze bardziej od ściany i nagle z okrzykiem pochylił się i ukląkł. Gdy wstał trzymał kilka strzępków papieru w ręce. Zbliżył się do biurka i otworzył teczkę. Wewnątrz znalazł kil­ka arkuszy listowego papieru. Jeden z nich był przedarty. Po­równał kawałeczki, które trzymał w ręce z rozdartym arku­szem i zdawało się, że był zadowolony. Z teczki na listy, któ­ra znajdowała się na biurku wziął bilet wizytowy.

— Prędko, postarajcie mi się o gumę lub klej – głos jego brzmiał prawie rozkazująco, nie było w nim już ani cie­nia dawnej uprzejmości.

Przeniósł kartkę i strzępki na okrągły stolik usiadł i z nadzwyczajną cierpliwością skleił kawałeczki na kartce, podobnie jak dzieci sklejają rebusy obrazkowe. Ponad jego ramionami reszta towarzystwa mogła widzieć poszczególne słowa, napisane ołówkiem, a układające się w zdanie na karteczce.

Manaud ruchem gwałtownym zwrócił się w stronę Wethermilla.

— Pan pewnie ma przy sobie list, pisany przez pannę Wethermiil wyjął portfel z kieszeni i wydobył z niego list. Chwilkę namyślał się, przerzucając kartki. Cztery strony były zapisane. Potem złożył go tak, że tylko wewnętrzne kartki były widoczne i podał detektywowi. Hanaud porównał je z pi­smem na karteczce.

– Patrzcie — powiedział i trzej mężczyźni pochylili się nad nim. Na kartce, sklejone kawałeczki ułożyły się w zdanie:

— Je ne sais pas.

— Znaczy to: — Nie wiem — powiedział Ricardo. — O to jest bardzo ważne!

Obok kartki leżał list Celji.

Komisarz policji Besnard zajrzał przez ramię detektywa. — Widzę wielkie podobieństwo — powiedział ostrożnie.

Ricardo wyczekiwał tajemniczych odkryć. To określenie podobieństwa nie wystarczyło mu. Napięcie sytuacji wymagało czegoś konkretniejszego, niż podobieństwa.

— Pismo jest to samo, i tu i tam — powiedział stanowczo. Tylko że w zdaniu pisanym na kartce pismo jest starannie zmienione.

— Tak, tak — zauważył komisarz, faktycznie są wielkie różnice.

Ricardo tryumfował.

— Rzeczywiście są różnice — powiedział Hanaud. — Spójrzcie panowie, jakie długie i drżące są niektóre linie. spójrzcie jak nagle to „s“ się wyrywa, jak gdyby jakieś wzru­szenie wstrząsało ręką. A jednak tutaj — Hanaud uśmiechnął się, pobłażliwie, dotykając listu — tutaj uczucie powinno było raczej wchodzić w grę. Spojrzał na Wethermilla i powiedział spokojnie. — Pan jeszcze nie powiedział swego zdania, a je­dnak pańskie zdanie będzie w tej sprawie najbardziej warto­ściowe. Czy te dwie kartki papieru są napisane tą samą ręką?

— Nie wiem — odpowiedział Wethermiil.

— I ja także! — zawołał Hanaud ze zniecierpliwieniem — Je ne sais pas, nie wiem — to może być jej pismo, podrobione, lub też jej pismo umyślnie zmienione. Może być też, że pisała w pośpiechu w rękawiczkach. .

— Mogło być także pisane dawniej i zatarte — powiedział Ricardo, zachęcony do dalszych uwag swym pierwszym po­wodzeniem.

— To właśnie jest jedyna możliwość, która jest wyklu­czona. Rozejrzyj się pan po pokoju. Czy widział pan kiedy pokój czyściej utrzymany? Proszę znaleźć odrobinkę kurzu w jakimkolwiek kąciku. Czysto jest, ja na talerzu. Co rana, z wyjątkiem dzisiejszego dnia, pokój ten był zamiatany i frote­rowany. Kartka ta została napisana i podarta wczoraj. — Włożył kartkę do koperty i schował do kieszeni. Potem wstał, i zbliżył się do kanapki. Stanął przy niej poważnie zamyślony, Po kilku chwilach milczenia, a denerwującego wyczekiwania dla otaczających, nagle powoli pochylił się i z niezwykłą ostro­żnością wsunął rękę pod poduszkę u głowy kanapy i podniósł ją delikatnie, starając się nie naruszyć wyciśniętych na niej fałdów. Potem zbliżył się do okna, trzymając ją w rękach. Po­duszka by\a kryta jedwabiem. W świetle słonecznym wszy­scy ujrzeli na niej małą brązową plamkę. Hanaud wyjął szkło powiększające z kieszeni i pochylił się nad poduszką. Lecz w tej chwili mimo ostrożności, ruszył poduszką, tak, że powierzchnia jedwabiu wygładziła się i fałdy znikły.

— O! — zawołał przerażony komisarz — cóż pan uczynił?

Hanaud zarumienił się. On, nawet on — zrobił coś nie­zgrabnego.

Pan Ricardo ii tu się wmieszał.

— Rzeczywiście! Cóżeś pan uczynił? — Hanaud ze zdzi­wieniem spojrzał na niego.

— Więc cóż takiego uczyniłem? — zapytał spokojnie. — Proszę mi powiedzieć.

— Zatarł pan ważne ślady — odpowiedział Ricardo do­bitnie.

Na twarzy Hanaud‘a widać było przygnębienie.

— Ach cofnij to pan, panie Ricardo, błagam pana — pro­sił. Ja miałbym zniszczyć ważne ślady? Jakie to ślady? i cóż zniszczyłem? I jakie tajemnice zostałyby wyjaśnione, gdybym ich nie był zniszczył?

— Tym razem Ricardo zaczerwienił się po uszy.

Hanaud zwrócił się z uśmiechem do Besnarda.

— Widzieliśmy przecież już wszyscy wgłębienie w tej po­duszce, cóż za znaczenie może ono mieć też teraz dla nas?

Włożył lupę do kieszeni, zaniósł poduszkę z powrotni na kanapkę i wziął drugą, która leżała u nóg i znów oglądał ją dokładnie przy oknie. Ta także była zmięta, miejscami jedwab był wytarty, a nawet przedziurawiony.

Zdziwienie na twarzy Hanaud‘a wzrastało. Stał z podusz­ką w rękach, lecz nie patrzył na nią. Patrzył przez drzwi otwarte na widniejące wyraźnie ślady nóg kobiety, która bie­gnąc opuściła ten pokój i wskoczyła do auta. Pokręcił głową i odniósł poduszkę na miejsce. Teraz stal wyprostowany, spo­glądając po pokoju, jak gdyby chciał wydrzeć tajemnicę z jego murów i nagle zawołał ze wzburzeniem:

— Jest coś w tej sprawie, czego nie mogę pojąć.

Ktoś westchnął tuż za Ricardem. Obrócił się, ii ujrzał Wethermilla. Stał z oczami wlepionymi w Hanaud‘a z gorączko­wymi wypiekami, które ukazały się na jego trupio bladej twarzy.

— Cóż pan ma na myśli? — spytał.

Lecz Hanaud odpowiedział szorstko.

— Nie leży w moim zawodzie, wygłaszać przypuszczenia. Wolno mii tylko stwierdzić niezbicie fakty.

Jedno tylko wszyscy zrozumieli: rozpoczął śledztwo pe­wny, że ma do czynienia ze zwykłem morderstwem, łatwym do wyjaśnienia, lecz w tym pokoju wyczytał coś, co go zmie­szało, co podniosło ciemną tę zbrodnię na wyższy poziom, nie zwykły nawet dla Hanaud‘a.

I cóż to mogło być? pytał się Ricardo sam siebie. Raz jeszcze rozejrzał się po pokoju. Nie znalazł odpowiedzi, lecz uwaga jego została przykuta pewną ozdobą na ścianie. Ozdobą tą—o ile rzecz ta zasługiwała na tę nazwę—był mały bębenek z pękiem kolorowych wstążek, zawieszony na ścianie między kanapą i kominkiem, na wysokości człowieka. Oczywiście mo­gła to być tylko wpadająca w oko trywialna dekoracja, która by odpowiadała mało wybrednemu gustowi pani Dauvrey. Lecz panu Ricardo nasunęło się znowu wspomnienie sali w Leamington i przypomniał sobie akcesoria owego spirytystycznego seansu. Więc Hanaud przecież nie zauważył wszystkiego.

— Widzieliśmy już wszystko tutaj — powiedział dete­ktyw — obejrzymy pokój p. Celji, potem przesłuchamy słu­żącą.

Czwórka, eskortowana przez Perrichefa przeszła przez hall weszła na schody. Pokój Celji był na południowo – wscho­dnim rogu wilk. Był to wielki, jasny pokój, którego jedno oko wychodziło na ulicę, a dwa inne, pomiędzy którymi stała toa­letka, na ogród. Wewnętrzne drzwi prowadziły do łazienki, koło wanny leżały na ziemi porozrzucane ręczniki. W pokoju sypial­nym ciemna jedwabna suknia i halka leżały na łóżku, .niedbale rzucone. Duży filcowy, popielaty kapelusz leżał na komodzie, stojącej we framudze okna. Na krześle stos wytwornej bielizny i para jedwabnych popielatych pończoch.

Wszystko nosiło cechę pośpiechu i płynącego stąd nieładu.

— Gzy w tym pokoju widział pan światło o wpół do dzie­siątej? — spytał Hanaud Perricheta.

— Tak jest — odpowiedział Perrichet.

— Możemy zatem przypuszczać, że panna Celja prze­bierała się wtedy.

— Besnard rozglądał się, otwierając tu szufladę, tam szafę.

— Panna Celja—powiedział z uśmiechem—lubiła widocz­nie swoją wykwintną garderobę, sądząc z porządku w jej sza­fach. Ten nieład w pokoju wskazywałby, że Celja musiała się wczoraj wieczorem w wielkim pośpiechu przebierać ,

Cały ten pokój mówił o wdzięku i zmyśle estetycznym je­go mieszkanki. Wethermill stał na progu i z cierpieniem, wyrytym na twarzy, przypatrywał się, jak policja gospodarowała w tern sanktuarium.

Tego rodzaju uczucia nie odwracały uwagi Hanaud‘a. Prze szedł do gotowalni i otworzył kilka skórzanych pudełek, które zawierały biżuterię Celji. Niektóre z nich były puste. Jedno z pustych pudełek Hanaud tak długo trzymał w ręku, że aż Besnard ze zniecierpliwieniem powiedział:

— Widzisz pan przecież, że jest puste.

Wethertrtil! nagle zrobił parę kroków w głąb pokoju.

— Tak, widzę — odpowiedział oschle Hanaud.

Był to futerał na kolczyki, które Ricardo widział pjierwsze- go wieczora w uszach Celji.

— Czy pan pozwoli? — spytał Wetheririill i wziął pude­łeczko do ręki.—Tak—powiedział—kolczyki panny Celji. Na­stępnie zwrócił pudełko Hanaudowi.

Po raz pierwszy wmieszał się do śledztwa. Ricardo zro­zumiał natychmiast związek. Kolczyki te pewnie były podarun­kiem! Wethermilla.

Hanaud odniósł pudełko na miejsce.

— Nic mamy tu już więcej nic do roboty — powiedział — Spodziewam się, że nikt nie wchodził do tego pokoju — i zwró­cił się do wyjścia, otwierając drzwi

— Nikt, oprócz Heleny Vauquier — odpowiedział komisarz.

Ricardo był oburzony tą — tak widoczną — niedbałością. Nawet Wethermill się zdziwił. Hanaud jedynie zam­knął drzwi i wrócił do pokoju.

„O — służąca” — powiedział — „więc przyszła już do siebie?”

„Czuje się jeszcze bardzo osłabioną” — odpowiedział komi­sarz — lecz wydawało mi się ważne, dowiedzieć się na­tychmiast, co Celja Harland nosiła, opuszczając dom. Roz­trząsałem sprawę z panem Fleuriot i ten pozwolił mi wprowadzić tu Helenę Vaupuier, która w ten sposób mogła nas o tein poinformować. Wprowadziłem ją sam, chwilę przed waszym nadejściem, by przejrzała garderobę dziewczyny i powiedziała czego brak.”

„Czy została sama w pokoju?“

„Ani chwili11 — odpowiedział Besnard obrażony. „Rzeczy­wiście panie, mamy dość doświadczenia aby wiedzieć, jak sprawy tego rodzaju należy prowadzić. Byłem sam z nią przez cały czas w pokoju, nie spuszczając z niej oka.“

„Było to właśnie zanim przyszedłem?” zapytał Hanaud.

Powoli przeszedł do okna, wychodzącego na ulicę i wychylił się przez nie, patrząc na drogę, którą przyszli, całkiem tak, jak komisarz na ich powitanie. Potem zwrócił się znowu do pokoju.

— Którą szufladę lub szafę Helena Vauquier oglądała ostatnio?”

„Tę oto” — Besnard nachylił się i otworzył dolną szufladę komody, która stała we framudze okna. Jakaś jasna sukienka leżała na wierzchu.

„Kazałem jej się spieszyć, skoro zobaczyłem, panów, pod­niosła sukienkę i powiedziała, że tu niczego nie brakuje. Od­prowadziłem więc ją z powrotem do jej pokoju i oddałem pie­lęgniarce.

Hanaud wyjął tę sukienkę z szuflady, oglądnął ją do­kładnie przy oknie, obracając na wszystkie strony, a brzegowi przypatrywał się z uwagą, zbliżywszy blisko do oczu. Potem pośpiesznie włożył ją na powrót do szuflady,

— A teraz proszę mi pokazać szufladę, od której zaczęła j Helena Vauquier swoje przeszukiwani o.

Tym razem wyjął halkę i także z wielką uwagą przyglądał się jej przy oknie. Gdy skończył podał ją Ricandowi, by ją odłożył. Przez chwilę stał zajęty swymi myślami. Ricardo także obejrzał halkę, lecz nie zauważył nic niezwykłego. Była to ładna halka, ubrana koronkami i falbankami, lecz nie było powodu zastanawiać się nad nią. Podniósł oczy w zdziwieniu i zauważył, że Hanaud obserwuje go z rozbawionym uśmiechem.

— Ody pan Ricardo skończy swoje oględziny — powie- | dział — zobaczymy, co Helena Vauquier ma nam do powie­dzenia..

Wyszedł ostatni, drzwi zamknął na klucz i schował klucze do kieszeni.

— Pokój Heleny Vauquier jest zdaje się o piętro wy­żej?” zauważył * zwrócił się ku schodom.

W tej chwili jakiś człowiek który widocznie czekał na ich wyjście, zbliżył się, trzymając w ręku kawałek ciemnego mocnego sznura.

— Ah! Duretite, — zawołał Besnard, — panie Hanaud, po­słałem dziś rano Durette‘a po sklepach w Aix ze sznurem1, który znaleziono na szyi pani Dauvrey.

— No i cóż? — zapytał’ Hanaud szybko — dowiedział się pan czegoś?

— Tak panie — odpowiedział Durette — w składzie p. Corval, młoda osoba w ciemno popielatej sukni i filcowym kapeluszu, kupowała sznur tego rodzaju wczoraj wieczór po dziewiątej, właśnie gdy zamykano sklep. Pokazałem p. Coryal fotografię Celji Harland, którą p. komisarz mi dał, ku­piec poznał w niej osobę, która ten sznur kupowała.

Cisza zaległa po słowach Durett‘a. Całe towarzystwo było zaskoczone tą wiadomością. Nikt nie spojrzał w kie­runku Wethermilla, nawet Hanaud odwróć! oczy.

— Tak, to jest bardzo ważne — powiedział zmienionym głosem, odwrócił się i razem z innymi wszedł na schody, pro­wadzące do pokoju Heleny VauQuier.

A. E. W. Mason „Tajemnica Willi Róż” – część IV

Droga wjazdowa okrążała dom pomiędzy drzewami i wy­sokimi krzakami. Naprzeciw Hanaud i jego towarzyszy wyszedł mały, szczupły człowiek o postawie oficera, ze szpiczastą bród­ką. Jego to przed chwilą widzieli w oknie. Był to p. Ludwik Besnard, komisarz policji.

— A więc chce nam pan pomóc, panie Hanaud — zawo­łał, wyciągając do niego ręce. — Niema w nas ani śladu za­zdrości. Kieruje nami tylko dobra wola, a jedynym naszym ży­czeniem jest wykonywać pańskie zlecenia. Wszystkie nasze wysiłki idą w tym kierunku, aby odkryć mordercę. Boże! cóż za ohydna zbrodnia i taka młoda dziewczyna w to wmieszana.

— A więc co do tego szczegółu ma pan już wyrobione ’ zdanie — powiedział ostro Hanaud.

Komisarz wzruszył ramionami.

— Zbada pan willę, a potem sam osądzi, czy jakie inne wytłumaczenie jest możliwe.

To mówiąc, komisarz odwrócił się i ruchem ręki zaprosił ich do wnętrza. Nagle z okrzykiem stanął w pozycji wycze­kującej. Wysoki, szczupły mężczyzna około 45 lat, ubrany w anglez i cylinder właśnie szedł powoli w ich kierunku. Mięk­ka falista broda otaczała wąską jego twarz, o jasnych szarych oczach i wypukłym czole.

— Czy to jest prokurator? — spytał Hanaud.

— Tak jest, pan Fleuriot — odpowiedział Besnard szeptem. Pan Fleuriot był tak zajęty swoimi myślami, że zauwa­żył tę grupę ludzi dopiero, gdy p. Besnard podszedł tuż do niego.

— To jest p. Hanaud z Paryża — przedstawił Besnard.

Pan Fleuriot skłonił się wytwornym ruchem.

— Witam pana, panie Hanaud. Nic w tej chwili nie zostało tknięte. W chudli, gdy pan nam dał znać telefonicznie, że pan jest skłonny nam dopomóc, dałem zlecenie, by wszystko zo­stawić tak, jak znaleziono. Spodziewam się, że pan z pańskim doświadczeniem, znajdzie drogę tam, gdzie my jej nie widzimy. Hanaud skłonił się.

— Zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, więcej przy­rzec nie mogę.

— Ale kto są ci panowie? — zapytał Fleuriot, jak gdyby zauważył teraz dopiero obecność Wethermilla i Ricarda.

— Są to moi przyjaciele, — powiedział Hanaud. — Jeżeli pan niema nic przeciw temu, przypuszczam, że ich obecność może sę nam przydać. Pan Wethermill, na przykład, był zazna­jomiony z Celją Harland.

— O! — zawołał prokurator z zaciekawieniem, — pan mo­że nam o niej coś powiedzieć?

— Chętnie powiem wszystko, co wiem — odrzekł Harry Wethermill.

W jasnych oczach pana Fleuriot zabłysły ostre światełka. Postąpił krok naprzód. Wyraz twarzy zaostrzył siłę. W tej chwili — pomyślał Ricardo — zapomniał o swej godności i zmienił się w fanatyka.

— Celja Harland jest żydówką! — zawołał.

— Nie, panie — odpowiedział Wethermill.

— A! — powiedział Fleuriot, w glosie jego dało się odczuć rozczarowanie i odrobina powątpiewania. — Panowie zgłoszą się do mnie po zbadaniu sprawy — i przeszedł bez dalszych pytań i uwag.

Patrzyli chwilkę za odchodzącym. Gdy był już w pewnej odległości, Besnard zwrócił się z usprawiedliwieniem do Hanaud‘a.

— Jest to dobry sędzia, panie Hanaud, bystry, prędki, ale ma swego konika, jak i my wszyscy. Wszędzie wietrzy on aferę Dreyfusa. Nie może o tym zapomnieć. Pan wie, mamy tysiąc takich dobrych, prostych, miłych ludzi, którzy jednak w każdej zbrodni wietrzą żyda.

Droga skręcała na lewo. Na zakręcie sta? miody, tęgi męż­czyzna w czarnych kamaszach.

— Szofer? — spyta? Hanaud. — Chciałbym z pim poroz­mawiać.

— Servettaz, odpowiedzcie, proszę, na wszystkie pytania, które ten pan wam zada! — zwrócił się Besnard do szofera.

— Z największą chęcią, panie komisarzu, powiem wszystko.

Zachowanie jego byfo poważne — odpowiadał chętnie. Nie było też śladu trwogi na. jego twarzy.

— Jak długo był pan w służbie u pani Dauvrey?

— Cztery miesiące. Przyjechałem z nią do Aix les Bains.

— Ponieważ rodzice pana mieszkają w Chambery, skorzy­sta! pan ze sposobności sąsiedztwa i chciał z nimi spędzić jeden dzień. Kiedy pan prosił o urlop?

—- W sobotę.

— Gzy pan prosił o urlop specjalnie na dzień wczorajszy, na wtorek?

— Nie. prosiłem tylko na dzień, który by odpowiadał pani.

— A tak, — powiedział Hanaud. — Kiedy pani Dauvrey powiedziała panu, że może pan jechać we wtorek?

Servcttaz zawahał się i zmieszał. Teraz odpowiadał niechętnie.

— Pani Dauvrey sama nie mówiła mi tego — powiedział.

— Nie pani Dauvrey, a więc kto? — zapytał szybko Hanaud.

Servettaz spojrzał na poważne twarze otaczających go.

— Panna Celja powiedziała n# o tern. .

— Tak? — powiedział Hanaud powoli. — Więc panna Celja… Kiedy to było.

— W poniedziałek rano. Czyściłem wóz. Przyszła do ga­rażu, niosąc kwiaty, które zerwała w ogrodzie i powiedziała: „Miałam rację, Alfredzie, pani ma dobre serce, możecie jechać jutro pociągiem, który odchodzi z Aix o godzinie 1.52. Przyjedzie do Chambery dziesięć minut po drugiej.

Hanaud zdziwił się.

— „Miałam rację, Alfredzie?” — to były jej słowa — i „pa­ni ma dobre serce”? Cóż to wszystko ma znaczyć? — pogroził mu palcem i powiedział poważnie.

— Uważaj dobrze, co mówisz, Servettaz!

— To były jej słowa, proszę pana,

— Miałam rację, pani ma dobre serce?

— Tak, panie.

— Wobec tego, panna Celja mówiła już przedtem z wami o tej wycieczce do Chambery — powiedział Hanaud, wpatrując się bezustannie w twarz szofera.

Rozpacz Servettaza rosła. Nagle Hanaud powiedział ostro:

— Wahacie się mówić prawdę, Servettaz.

— Panie, mówię prawdę, powiem wszystko. Prawda, że waham się; słyszałem tego ranka, co ludzie mówią między so­bą. Nie wiem, co o teraz myśleć. Panna Celja była zawsze dla mnie grzeczna i uważająca. Lecz to jest prawda.

I niemal że w rozpaczy ciągnął dalej.

— Prawda jest, że panna Celja była pierwszą, która pod­sunęła mi myśl proszenia o urlop na wyjazd do Chambery.

— Kiedy to było?

Słowa te zaskoczyły Ricarda. Z współczuciem spojrzał na Wethermilla. Harry Wethermill był jednak pewny siebie mimo wszystko. Stał z wyrazem uporu, z wyciągniętą szyją i patrzał na szofera. Komisarz Besnard także miał wyrobione zdanie. Ten jedynie wzruszył ramionami.

Hanaud zbliżył się do szofera i łagodnie położył mu rękę na ramieniu.

— No, a teraz, mój przyjacielu, opowiedz nam dokładnie, jak to się stało?

Servettaiz zaczął opowiadać, a głos załamywał mu się chwilami.

— Panina Celja przyszła w sobotę rano do garażu. Zamó­wiła wóz na popołudnie. Rozmawiała ze mną przez parę chwil, jak to często robiła. Powiedziała, że słyszała, że rodzice moi żyją w Chambery. Radziła mi, ponieważ to jest w sąsiedztwie, bym prosił o urlop. Nie byłoby to ładnie z mojej strony, gdy­bym ich nie odwiedził, będąc tak blisko.

— Czy to wszystko?

— Tak, panie.

To wystarczy — rzucił Hanaud. Detektyw odzyskał swój dawny spokojny głos i żywe ruchy, zdawało się, że za­łatwił się już w myślach z zeznaniami Seryettaza. Ricardo po­równywał go do człowieka, który po dostatecznym przejrzeniu, związuje ważne dokumenty i odkłada je ponumerowano w szuf­ladki biurka.

— Oglądnijmy sobie garaż.

Już tylko kilka kroków dzieliło ich od garażu.

— Drzwi zostawiono otwarte?

— Tak jest, jak pan je widzi.

Hanaud zwrócił się do Servettaza.

— Cóż pan uczynił z kluczem przed wyjazdem?

— Po zamknięciu garażu oddałem go Helenie Vauquier, a ona powiesiła go na gwoździu w kuchni.

— A więc — powiedział Hanaud — każdy mógł go łatwo znaleźć wczoraj wieczór.

— Tak, o ile wiedział, gdzie go szukać.

Pod ścianą stał rząd baniek z benzyną.

— Czy zabrano benzynę?

— Tak, panie, gdym odjeżdżał, mało benzyny było w wo­zie. Zabrano więcej, lecz wzdęli ją z baniek środkowych, tych oto! — i dotknął fch ręką.

— A, tak, rozumiem — powiedział Hanaud i w’ zamyśleniu podniósł brwi. –

Komisarz niecierpliwił się.

— Przecież to wszystko jedno, czy ze skrajnych, czy ze środkowych baniek benzynę wzięto.

Hanaud jednak n/e lekceważył sobie tego drobnego faktu.

— Możliwe, że to ma właśnie wielkie znaczenie — powie­dział spokojnie. — Na przykład, gdyby Serwettaz nie miał po­wodu oglądać tych baniek, mogłoby minąć sporo czasu, nimby zauważył, że mu z zapasu brakuje benzyna.

— Rzeczywiście, — powielał Servettaz — mogłem na­wet przypuszczać, że sam ją zużyłem.

— Tak — potwierdził Hanaud i zwrócił się do Besnarda. — Przypuszczam, że to może mieć pewne znaczenie. Nie wiem je­szcze jakie — dodał.

— Lecz ponieważ wóz znikł, — powiedział Besnard, — jak mógłby szofer nie obejrzeć swego zapasu benzyny.

Pytanie to rozumiało się samo przez się i Ricardo był cie­kaw, jaką odpowiedź da na to Hanaud. Hanaud jednak pytanie to pominął milczeniem. Nie troszczył się wcale o zdanie, które jego towarzysze mogli sobie o nim wyrobić

— Ach tak — rzucił niedbale — ponieważ wóz znikł, jak pan zauważył… pan ma słuszność.

I znów zwrócił się do Servettaza.

— Czy był to silny wóz?

– O sile 60 koni; — odpowiedział Serycttaz.

Hanaud zwrócił się do komisarza.

— Pan ma numer i opis tego wozu, przypuszczam. Byłoby dobrze dać anons. Być może, że go gdzieś widziano. Gdzieś przecież być musi.

Komisarz odpowiedział, że opis dany już został do druku.

Hanaud skinął z uznaniem i zabrał się do oglądania ziemi. Przed garażem było małe podwórko kamienne, lecz nie znać było tu żadnych śladów kroków.

— A jednak ziemia była wilgotna — powiedział. — Czło­wiek, który wóz zabrał, był bardzo ostrożny.

Odwrócił się i szedł drogą, którą przyszli z oczami utkwionymi w ziemię. Nagle podbiegł do trawnika, dzielącego drogę od krzaków.

I patrz pani, powiedział do Besnarda — noga jakaś przygniotła trawę tutaj, lecz bardzo lekko. — O! tu znowu. Ktoś biegł brzegiem trawnika na palcach. O! to był człowiek bardzo ostrożny.

Znowu weszli na drogę wjazdową, która zawiodła ich do willi. Był to mały, wesoły dworek z zielonym gazonem, peł­nym różnobarwnych kwiatów. Wydawało się Ricardowi niemożliwym. by tak ponura i okrutna zbrodnia mogła była się rozegrać w tych murach przed dwunastu godzinami. Zbyt we­soło wyglądał na to domek w oświetleniu słonecznym. Gdzie­niegdzie zielone żaluzje były zamknięte, niektóre okna stały otworem i światło zalewało wnętrza. Po obu stronach bramy — i ponad nią — znajdowały się okna, oświecające dużą halę. Pod tymi oknami, po każdej stronie głównego wejścia były drzwi szklane, wychodzące na ogród i zaopatrzone w zielone żaluzje, teraz otwarte i zahaczone o mor. Te drzwi szklane prowadziły do dużych pokojów, które ciągnęły się szeregiem w głębi domu i oświetlone były jeszcze bocznymi oknami. Pokój po lewej stronie — towarzystwo zwrócone było twarzą do willi — słu­żył za jadalnię i wychodził po przeciwnej stronie do kuchni, pokój na prawo był to salon, gdzie popełniono morderstwo. Przed szklanymi drzwiami był wąski pas trawy, bardzo wy­deptanej, który oddzielał te drzwi od drogi wjazdowej. Trawa ta była tak zdeptana przez ciągłe chodzenie, że poprzez nią widać było czarną ziemię. Ten pas był prawie trzy metry sze­roki. Gdy się zbliżali, już z daleka zobaczyli świeże ślady, które dzięki’ tylko wczorajszej ulewie mogły zaistnieć.

_ Obejdźmy naprzód dom dookoła — powiedział Hanaud.

Skręcił przy rogu willi i puścił się w kierunku gościńca. Nad jego głową były cztery okna, z których trzy oświetlały salon z boku, a czwarte należało do małego buduaru za salo­nem. Pod tymi oknami na ziemi nie było żadnych śladów i do­kładne badanie okazało ostatecznie, że mordercy użyli tylko jednego wejścia, a mianowicie przez szklane drzwi frontowe. Wrócili więc do punktu wyjścia. Tu natomiast były trzy ro­dzaje śladów.

— To są ślady kroków mojego inteligentnego przyjaciela Perrichetta — powiedział Hanaud, który szedł ostrożnie, aby nie zatrzeć innych śladów.

Zadowolenie ukazało się na różowej twarzy Perrichet‘a. Bernard skinął mu głową na znak uznania.

— Życzyłbym sobie jednak panie komisarzu — ciągnął dalej Hanaud, wskazując na mocno zatarte ślady — aby i inni pańscy urzędnicy byli tak inteligentni. Spojrzyj pan na te ślady, idące od drzwi szklanych do drogi. Mimo, że są tak ważne dla nas, wyglądają jak gdyby jakąś beczkę toczono po nich.

Besnard żachnął się.

— Żaden urzędnik nie wszedł do pokoju tą drogą. Dokła­dny rozkaz był dany i wypełniono go. Ziemia tu jest nienaru­szoną i wyglądała tak samo wczoraj o dwunastej w nocy.

Twarz Hanaud‘a spoważniała.

— A więc to tak — powiedział i schylił się, by zbadać drugą linię śladów.

— Mężczyzna i kobieta — powiedział. — Ale są to pra­wie cienie tylko śladów. Można by pomyśleć… — wstał, nie kończąc zdania i zwrócił się do trzeciego kompleksu śladów. — A, tu mamy coś bardzo ciekawego — powiedział. Były to zaledwie trzy odciski i podczas gdy zatarte ślady były po bo­kach drzwi, te trzy szły wprost od drzwi do drogi. Były zu­pełnie wyraźnie wyciśnięte i wszystkie trzy były odciskami małego damskiego bucika, na wysokim obcasie. Położenie pojedynczych śladów było na pierwszy rzut oka dziwne. Jeden był o dobry metr oddalony od okna i tworzył odcisk prawej nogi, Podeszwa bucika była głębiej wyciśnięta, jak obcas. Drugi ślad, odcisk lewej nogi, był nie tak daleko od pierwsze­go oddalony, jak ten od okna i tu znowu obcas był lżej od­bity od podeszwy. Była jednak ta różnica, że odcisk końca bu­cika, który był wyraźnie wymodelowany w pierwszym wy­padku, tu był szerszy i nieco zatarty. Tuż przy nim widać było trzeci ślad, znowu prawej nogi, tylko, że tym razem wąski obcas wrył się wyraźniej w ziemię od podeszwy. Wrzynał on się tu silnie w ziemię. Więcej śladów nie było. Te dwa ostatnie były nie tylko bliskie siebie, ale i bliskie żwirowej drogi i już na samym brzegu trawy.

Hanaud przypatrywał się uważnie śladom. Potem zwró­cił się do komisarza:

— Czy znaleziono w domu buciki, odpowiadające tym śladom?

— Tak! Robliśmy próbę ze wszystkimi bucikami: Celji Harlamd, służącej, a nawet p. Dauvrey. Jedyne, które się z ni­mi zgadzają są te, które znaleźliśmy w pokoju Celji Haifland.

Skiną na urzędnika, stojącego na drodze. Z hallu przynie­siono parę bucików antylopowych.

— Patrz pan, panie Hanaud — powiedział z uśmiechem — są to ślady zgrabnej, małej nóżki, o Wysokiem i szczupłym podbiciu. Noga pani Dauyrey jest krótka i płaska. Ani p. Dauvrey, ani Helena Vauquieir nie mogłaby nosić takich buci­ków. Leżały zresztą na podłodze w pokoju Celji Harland, rzu­cone niedbale, jak gdyby rozbierała je w pośpiechu. Są pra­wie nowe, nosiła je może raz i zgadzają się dokładnie z tymi śladami, z wyjątkiem palców drugiego z rzędu.

Hanaud wziął buciki, ukląkł i postawił jeden i drugi na ślady. Ricardo zadziwił się, tak dokładnie je pokryły i wypeł­niły wgłębienia.

— Przypuszczam — odezwał się komisarz — że Celia Harland, opuszczając dom, nosiła nową parę bucików, zrobioną wedle tego samego kopyta, co te.

— Jak te, które zostawiła tak niebacznie na podłodze swe­go pokoju, — pomyślał Ricardo. Zdawało mu się, że dzie­wczyna dokładała jak największych starań, by ściągnąć na siebie całe podejrzenie. Ale często przecież były wypadki, że małe szczegóły, wydające się błahymi w strasznej chwili zbro­dni, stawały się potem okrótnie pouczającymi w wykryciu zbrodniarzy.

— Hanaud wstał ii oddał buciki urzędnikowi.

— Tale — rzekł, — wszystko przemawia za tym. W tym wypadku może nam dopomóc szewc, gdyż buciki są robio­ne w Aix.

Besnard popatrzył na firmę, wybitą złotymi literami na podszewce bolerka.

— Każę się dowiedzieć — powiedział.

Hanaud skinął głową. Wyjął centymetr z kieszeni a zmie­rzył odległość od okna do pierwszego kroku i od pierwszego kroku do dwóch dalszych.

— Jak wysoką jest p. Celia – zapytał, zwracając się do Wetherrmilla.

Zdawało się Ricardowi dziwnym, że detektyw zwraca! się z pełnym zaufaniem do Wethermilla, żądając od niego in­formacji, które mogły sprowadzić wyrok śmierci na Cellię, a tern samem złamać jego szczęście, które zależało od jej uniewinnienia.

— Około pięć stóp — odpowiedział tenże.

Hanaud schował metr do kieszeni. Zwrócił się do We­thermilla i rzekł poważnie.

— Czy nie ostrzegałem pana?

Coś zadrżało w bladej twarzy Wethermilla.

— Tak — odrzekł — nie boję się niczego. — Ale mimo wszystko widać było, że był bardziej zaniepokojony, niż po­przednio.

Hanaud wskazał na ziemię.

— Czytaj pan historię, którą te ślady wypisały. Młoda i zgrabna dziewczyna, wysokości mniej więcej Celji Harland, nosząca buciki Celji, wyskakuje z pokoju, gdzie morderstwo zostało popełnione, gdzie leży ciało zabitej kobiety. Biegnie… nosi długą suknię. Przy drugim kroku zaczepia nogą o brzeg sukni. Potyka się. Aby nie upaść stawia mocno drugą nogę i staje na drodze. Prawda, że żwir tu jest twardy i nie przyjmuje śladów, ale patrz pan, kawałeczki ziemi, które miała na buci­kach spadły. Wsiada do auta z mężczyzną i drugą kobietą i od­jeżdża mniej więcej między jedenastą a dwunastą.

— Na pewno między jedenastą a dwunastą? — spytał Besnard.

— Tak jest — odpowiedział Hanaud. — Brama była otwarta o jedenastej. Perrichet ją zamknął. O dwunastej zno­wu stała otworem. Dlatego też jest jasnym, że mordercy nie odjechali po dwunastej. Opuścili oni dom w czasie, kiedy otwie­rali bramę po raz drugi.

Besnard kiwnął głową potakująco, a Perrichet wysunął się naprzód z twarzą przerażona.

— A więc — gdy pierwszy raz zamknąłem bramę — za­wołał — wszedłszy do ogrodu, dotarłem aż do domu, oni byli tu w tym pokoju? O mój Boże! – wpatrywał się w okno z otwartymi ustami.

— Tak, niestety mój przyjacielu — tak jest, — powiedział poważnie Hanaud.

— Pukałem do drewnianych okienic, próbowałem rygli, a oni w ciemności, wstrzymując oddech, byli oddaleni ode- mnie tylko o parę metrów. — Stal skamieniały.

— No zobaczymy — powiedział Hanaud.

Tymi samymi śladami, którymi w nocy skradał się Perrichet, zbliżył się do okna. Zbadał zieloną okiennicę, która otwierała się na zewnątrz i drzwi szklane, które otwierały się na wewnątrz. Patrzył na wszystko przez lupę, którą wyjął z kieszeni.

— Patrz pan — zwrócił się do Besnarda, wskazując na drzewo okiennic.

— Znaki palców? — zapytał szybko Besnard.

— Tak, ręki w rękawiczce — odpowiedział Hanaud. — Niczego nie dowiemy się z tych śladów, prócz tego, że morder­cy znali wyśmienicie swój zawód.

Potem schylił się nad progiem, gdzie widoczne były śla­dy kroków. Podniósł się .zniechęcony.

— Kalosze — powiedział i wszedł do pokoju wraz z Wethermillem i resztą towarzystwa. Znaleźli się w małej alkowie. Ściany były wykładane drzewem, na biało lakierowanym i rzeźbionym w delikatne girlandy kwiatów. Alkowa kończyła się sklepionym wejściem, podtrzymywanym przez dwa smu­kłe filary. Od wewnętrznej strony wejścia było zawieszone ciężkimi, żółtymi jedwabnymi firankami, które nie były cał­kiem zasunięte i widać było przez nie wnętrze pokoju. Weszli.

Opowiadanie Perrichet‘a

A. E. W. Mason „Tajemnica Willi Róż” – część III

Perrichet był to młody, przysadkowaty blondyn z czer­woną twarzą. Włosy jego i wąsy były tak jasne, że wyda­wały się prawie srebrne. Wszedł do pokoju z miną człowieka, świadomego powagi swej roli.

— Ach, — rzekł Hanaud z drwiącym uśmiechem — mimo, że pan wczoraj był do późna zajęty, wstał pan dziś dość wcze­śnie, by przeczytać gazetę. Mam więc zaszczyt być pańskim współpracownikiem w tej sprawie.

Perrichet niezgrabnie obracał czapkę w ręku, rumieniąc się.

— Pan raczy śmiać się ze mnie, — powiedział — lecz nie ia nazwałem siebie inteligentnym, choć naprawdę chciałbym nim być, a Bóg mi świadkiem, nie wyglądam na to.

Hanaud poklepał go po ramieniu.

— Może pan sobie pogratulować, to jest nadzwyczajna korzyść być inteligentnym i nie wyglądać na to. Jestem pe­wny, że pogodzimy się wyśmienicie,

Wszyscy czterej zeszli ze schodów. W drodze do willi Perrichet zdał relację jasną i sumienną z przejść nocnych.

— Przechodziłem koło ogrodzenia około wpół do dziewią­tej. Brama była zamknięta. Ponad ogrodzeniem i krzakami ogrodu widziałem jasne światło w oknach pokoju na pierwszym piętrze, wychodzących na południowo-zachodni róg willi, wprost na drogę. Nie mogłem dojrzeć okien parterowych. Po godzinie, gdy przechodziłem po raz drugi, zauważyłem brak światła w oknie na pierwszem piętrze. Brama była otwarta. Zatrzasnąłem bramę, wpadło mi jednak na myśl, że mogli być jeszcze goście w willi i że to dla nich zostawiono bramę otwar­tą. Chciałem więc zajrzeć do wejścia głównego willi. Wejście to nie wychodzi na drogę, ale znajduje się po przeciwnej stronie. Skręciłem na szeroką wjazdową drogę i zobaczyłem, że cała willa była pogrążona w ciemnościach. Drzwi szklane, wy­chodzące na ogród, zasłonięte były drewnianymi okiennicami. Dla pewności spróbowałem je i przekonałem się, że były odpo­wiednio zabezpieczone. Wszystkie inne okna również były za­opatrzone okiennicami. Nigdzie nie było światła. Opuściłem ogród, zamykając za sobą bramę. Przypominam sobie dokła­dnie, że parę minut później zegar wybił 11-tą.

W godzinę później, po raz trzeci przechodziłem koło willi. Zdziwiłem się niepomiernie, widząc bramę znowu otwartą. Od­chodząc, zamknąłem ją przecież, a dom był także zamknięty i ciemny. Teraz brama stała otworem, a w oknie pod dachem zobaczyłem światło, którego poprzednio nie było. Stanąłem i obserwowałem to światło przez jakiś czas, przypuszczałem, że nagle zgaśnie; ale uparcie się paliło, To światło i brama dwukrotnie otworzona zbudziły moje podejrzenie. Znowu wsze­dłem do ogrodu, lecz tym razem ostrożniej. Noc była jasna i choć księżyc nie świecił, orientowałem się dokładnie, nawet bez pomocy latarki.

Cichutko skradałem się wzdłuż alei wjazdowej. Gdy do­szedłem do frontowej strony willi, zauważyłem natychmiast, że jedna okiennica była otwarta i okno, znajdujące się za nią, a sięgające aż do ziemi również otwarte. Widok ten uderzył mię; o tej godzinie otworzono okiennicę… Krew zastygła mi w żyłach i dreszcz mnie przeszedł. To światło na poddaszu, drzwi otwarte, —- byłem przekonany, że coś strasznego się stało!

— Tak, tak, rozumiem — dorzucił Hanaud, — mów pan tylko dalej.

— Wnętrze pokoju było zupełnie ciemne. Zajrzałem przez okno i oświeciłem pokój moją latarką, Okno to wchodziło do alkowy, do której prowadziło z pokoju sklepione wejście, przy­słonięte z obu stron firankami. Firanki były na wpół tylko za­ciągnięte. Wszedłem ostrożnie do pokoju, uważając, by ro­zdeptać trawy przed oknem. W świetle mojej latarki zobaczy­łem krzesło wywrócone, a po prawej stronie pod środkowym oknem jakaś kobieta leżała bezwładnie na podłodze. Była to pani Dauvrey. Była kompletnie ubrana. Buciki jej były lekko zabłocone, jak gdyby się przechadzała po deszczu — pan pa­mięta, że wczoraj wieczorem między 6 a 8 dwa razy padał deszcz. Nie żyła już. Twarz jej była w okropny sposób opuch­nięta i sczerniała, a cienki sznur tak wrzynał się w jej szyję, że nie zauważyłem go w pierwszej chwili.

— Cóż pan wtedy uczyni}?

— Zatelefonowałem do policji. Telefon byt w przedpokoju. Potem po ciemku poszedłem na górę po schodach i doszedłem do drzwi pokoju, w którym świeciło się światło. Tam znala­złem służącą Helenę Vauquier, leżącą w łóżku i jęczącą w okropny sposób.

Perrichet przerwał, dochodziliśmy bowiem do willi. Gro­madka ludzi stała przed furtką której pilnowała policja. Spój- rżeliśmy także w górę. Z narożnego okna pierwszego piętra mężczyzna jakiś wyjrzał i cofnął natychmiast głowę.

— To jest komisarz policji naszej w Aix p. Ludwik Besnard.

— A okno, z którego wyglądał jest chyba tern oknem, w którem pan o wpół do dziesiątej zauważył światło?

— Tak jest — potwierdził Perrichet — to jest to okno.

Stanęli przed bramą, Perrichet pomówił słów parę z po­licją i natychmiast wpuszczono 'ich do wnętrza. Weszli do ogro­du willi.

IX. Nawrócenie pijaka

Jest to może 20 lat temu, kiedy pe­wien fabrykant przyjął do fabryki swej robotnika nadzwyczaj pracowitego i zgra­bnego do każdej roboty. Lecz po krótkim czasie się pokazało, że człowiek ten miał brzydki nałóg pijaństwa, któremu się, mi­mo wszelkich napomnień, tak namiętnie zaczął oddawać, że właściciel fabryki wi­dział się zniewolonym do wypowiedzenia j% mu miejsca.

Wtenczas dopiero opamiętał się, przy­rzekł panu, że już za żadną cenę nie wstą­pi do karczmy, byle go tylko w swojej fabryce zatrzymał. Właściciel po długim namyśle zatrzymał go, ale pod tym wa­runkiem, że będzie pracował za zapłatę mniejszą, niż dotychczas. Robotnik i na to przystał, i wszystko było znowu w daw­nym porządku, lecz — niedługo. Powoli dobre postanowienia poszły w zapomnienie. Po kilku miesiącach, kiedy zapro­szono go na jakie chrzciny lub wesele, nasz kumoter bardzo rzadko trzeźwy wra­cał do domu, a jeszcze rzadziej przycho­dził na czas do roboty. Ale w końcu sprzykrzyło się to i właścicielowi fabryki, dla tego zawoławszy go, tak się do niego odezwał:

— Jak widzę, moja cierpliwość, a twoje przyrzeczenia na nic się nie zdały: nało­gowi oddajesz się teraz znowu tak, jak dawniej. Masz więc swoją zasługę, a przy tym tę książkę oszczędności na którą skła­dałem raty, odciągnione od dawniejszej twojej płacy: bierz to, a idź sobie z Bogiem.

Teraz dopiero niepoczciwemu robotni­kowi spadły łuski z oczu.

— Więc te pieniądze dla mnie pan skła­dałeś w kasie! — Tu upadł mu do nóg, wołając:

— Zatrzymaj pan tę książkę, jeżeli nie dla mnie, to już dla moich dzieci. Miej wzgląd na nie i lubo nie zasłużyłem na to żadną miarą, bom już raz twoją dobroć zawiódł, nie odbieraj mi chleba, a wódki unikać będę, jak ognia.

I rzeczywiście tym razem dotrzymał już słowa i z nałogowego pijaka stał się trzeźwym i wzorowym ojcem rodziny.

Daj Boże, aby wszyscy pijacy poszli przykładem swego współtowarzysza!

[KONIEC]

Źródło: O pijaństwie czyli jak nawrócić pijaka (rady dla wszystkich), Warszawa 1900

VIII. Wróg dobrej sławy

Było to w niedzielę po sumie. Stałem wtenczas na rynku małego miasteczka— pod piękną figurą św. Jana Nepomucena i patrzałem —- na co zapytacie?—na drzwi pięciu karczem, które z szyderstwem nie­jako na poważny posąg świętego spozierały. Groźne to były drzwi; tłumy rozmaitych ludzi, starców, kobiet, młodzieńców, dzieci nawet wciągały „w siebie by je po chwi­li, dziwnie zmienionych, do ludzi niepodo­bnych, z paszczęki swej wyrzucić!…

Patrzałem… Naraz hałas jakiś powstał, drzwi brzękły i oczom moim wstrętny przedstawił się obraz. Jakiś mężczyzna, po minie i ubraniu widać, że naszej wiary, zlatuje ze schodów, kapelusz z głowy mu spada, on po niego się nachyla i — jak długi kładzie się na błotne kamienie…. Wnet jednak się porywa, nogi prostuje, ale nogi, dzisiaj jakoś niegodziwe, posłu­szeństwo mu wypowiadają; zdaje się, że w słomę się zamieniły, tak się plączą, w tę i ową stronę uciekają i kadłuba utrzy­mać nie mogą. Ale idzie on dalej, choć Bogiem, a prawdą — nie chodzenie to już, jedno ciągłe chwianie się z jednej strony ulicy na drugą. Kapelusz na kark sobie wsadził, rękoma na wszystkie strony wy­wijał, a oczy jego żarzyły się, jak węgle. Przy tym przyśpiewywał sobie, co chwila zaklął lub zakrzyknął, ale tak niezrozu­miale, że słychać tylko nieludzkie bełko­tanie. Czasami przystanął, odwrócił się, o ile w ogóle w jednym miejscu mógł ustać, zagroził dzieciom, które wśród śmiechu i szyderstw za nim leciały i chwiejnym krokiem w dalszą, puszczał się drogę. Co się z tym człowiekiem stało, czy rozum go odbiegł, czy go paraliż raził?!..

— Ale oto w drugich drzwiach drugi obrazek się okazuje. Z miną czupurną i zawadiaką wychodzi niedorostek. Twarz jego rozpalona, pięści zaciśnione. Jeszcze z daleka grozi tym, z którymi widocznie w karczmie się pokłócił, potrąca przechodniów i zaczepia ich, a tędy i owędy pluśnie klątwą lub nieprzyzwoitym żartem. Obok niego postępuje, choć już trochę niepewnie, dziewczyna młoda. Rumieniec wstydu pa­nieńskiego coś spłoszyć musiało, bo sama idzie z bezwstydnym młodzieńcem, trąca go jeszcze, śpiewa jakąś nieskromną piosnkę i zuchwale na wszystkie strony się roz­gląda!… Za tą parą goni starsza kobieci­na, prawdopodobnie matka dziewczyny. Krzyczy, woła, w końcu wyzywa na mło­dych, ale oni swoją drogą idą, na nią nie zważają. Znudziło się jej wreszcie to wo­łanie, więc przystanęła. Co za widok ohyd­ny! Twarz kobiety, która powagą i słodyczą tchnąć powinna, dziwnym śmiechem jest wykrzywiona, oczy na wierzch wysadzone a nogi tak dygocą,, że gdyby tylko muzy ka zagrała, gotowa puścić się w tany i po­trząsnąć starymi kośćmi….

Cóż się z tymi ludźmi stało? Niedawno w kościele przed majestatem Bożym się korzyli, rozsądnie, jak każdy człowiek się zachowali, a teraz ani mówić nie mogą, ani chodzić, jednym słowem, zachowują się tak, jakby ludźmi nie byli? Czy im się rozum pomieszał, czy szaleju się napili? Niestety, napili się trucizny, która tak strasznie ich zmieniła i na wstyd, i pośmiewisko całego wystawiła miasteczka, — ale nią jest nie szalej, nie apteczna trucizna lecz — g o r z a ł k a…

Obok zdrowia najlepszym klejnotem dla człowieka jest dobra sława. Każdy z nas o honor swój dbać powinien, starać się o to, by ludzie w poszanowaniu nas mieli. Honor plami się złym uczynkiem np. niesłownością, kradzieżą, oszustwem. Człowieka złego, występnego żadną mia­rą poważać nie można. Żyje się nieraz __ z nim dla miłości Chrystusa, ale zaufania się do niego niema, ani owego szacunku, który każdy poczciwy człowiek w nas wzbudza. Nie masz tymczasem czynu, który ­by więcej klejnot dobrej sławy błotem obrzucał, człowieka poniżał i upadlał, jak— opilstwo.

Że pijaństwo człowieka poniża, dowo­dzić tego nie potrzeba. Wystarczy spoj­rzeć na obraz odurzonego pijaka, obrazki takie, jak powyżej opisano. Wszakżeż już to samo, że człowiek więcej pije, ani­żeli znieść może, albo płynów takich uży­wa, które zdrowiu jego wręcz szkodzę,, sta­wia pijaka niżej zwierząt. Zachowaj Bo­że, żebym ludzi miał do zwierząt przyrów­nywać, jednakże rzeczą pewną jest, że zwierzę nad miarę nigdy nie pije. Jeżeli więc człowiek jakich bądź trunków naduży­wa to tern samem mniej rozumu okazuje od zwierząt, czyli w niesłychany sposób siebie poniża.

To upodlanie się pijaka tym jaskrawiej występuje, jeżeli się zważy, że człowiek ma duszę, stworzoną na obraz i podobień­stwo Boże, że rozumem swoim i wolną wolą staje się królem i panem stworzenia. Kto zatem w tak ohydny sposób władzy rozumu i woli się pozbywa, ten duszę swą poniewiera, zrzeka się godności swojej lu­dzkiej czyli się po prostu upadla. —Ludzie chorzy na umyśle wzbudzają, litość, ale pijanice, którzy dobrowolnie rozum swój wódką odurzają, wzbudzają tylko wstręt i pogardę. Nawet dzieci małe, które zwy­kle z szacunkiem na każdego starszego spoglądają, z człowieka pijanego żartują, za nic go mają, bo rzeczywiście w stanie opiłym niczym., przynajmniej człowiekiem nie jest.

Oto, jakiego wroga okrutnego ludzkość posiada w gorzałce. Wróg ten ograbia ludzi nie tylko ze zdrowia, majątku, szczę­ścia rodzinnego, ale nawet i z ostatniego skarbu, który im pozostał: — z czci i do­brej sławy. Nienasycony to wróg, ale wi­na jedyna po stronie jego ofiar. Długożli jeszcze będą mu ludzie siebie i dom swój na pastwę rzucali?

VII. Wróg dobrobytu

Łamią sobie często ludzie głowy nad tern, co jest przyczyną, że tyle biedy i nę­dzy istnieje na świecie. Nie masz miasta, wsi, kącika prawie, w których by nędza i nieodstępni jej towarzysze: głód i roz­pacz strasznych swych namiotów nie ro­biły. Bez wątpienia, często bez winy lu­dzi nieproszony gość w chatach naszych się rozsiada. Nieraz robotnik, mimo naj­lepszych chęci, zajęcia nie znajduje, cza­sami choroba ciężka wytrąca mu z rąk narzędzie, którym chleb twardy zarabiał. Zdarza się, że chlebodawca krzywdzi pra­cowników, wynagradzając ich licho. Czasem nieurodzaje, klęski, dopuszczenie Boże, albo znowu nieoględność, nieroztropność wydzierają, bogaczom nawet całe ich mie­nie. Ale chociaż i inne jeszcze mogą być i są przyczyny zubożenia, jednak nade- wszystko pijaństwo nas obdziera z ma­jątku, o ubóstwo i ostatnią nędzę przy­prawia zarówno mieszczan, jak i wie­śniaków.

Rzeczą jest pewną, że społeczeństwa całe, narody stokroć gorszy dobrowolnie podatek płacą pijaństwu, gorzałce i na ten nie narzekają. Gdzież tu jest rozum i miłość własna? Otóż tysiące przykładów i dowodów żyjących nie przypomina nam tej smutnej prawdy, że rodzina, społe­czeństwo, które pijaństwu się oddaje, nie tylko dobrobytu nigdy nie zazna, ale ry­chło w biedę wielką popada?

Pijaństwo pozbawia najprzód ludzi do­brobytu. Nie trudno tego dowieść. Ileż to bowiem groszy i rubli idzie na marne — na trunki gorące! Chociażby kto ze zwy­czaju dziennie choć tylko 5 kop. przepił, to w roku całym przepije około 36 1/2 rubli, pieniądz, na który niejeden miesiąc cały krwawo pracować musi. A przecież nisko liczyłem, bo rzadko kiedy 5 kop. na dzień starczy. Nadejdzie targ, jarmark, już pieniędzy wtenczas nie starczy; a na wesele, chrzciny, poczęstunek pogrzebowy, na ubicie interesu, zawarcie przyjaźni, są­siedzkich stosunków i inne hulatyki, dla których bystry rozum pijaka coraz to no­we nazwy i tytuły wynajdzie, ruble wy­ciągać trzeba. Najgorzej zaś, jeżeli ktoś w życiu pijackim zasmakował i regularnie odwiedza karczmy. Pieniądze człowieka takiego palą, nie może ich ni w kieszeni, ni w ręku utrzymać, musi je wydać na napitek. Wyrzuca po prostu grosze na ulicę.

Ludzie, którzy pieniądze, chociażby im na nich nie zbywało, na pijaństwo tracą, grzeszą ciężko przeciwko Bogu, samym sobie i społeczeństwu. Kogo Pan Bóg majątkiem obdarzył, ten powinien też pamiętać, że od Niego majątek posiada, że on wła­ściwie nie jego jest własnością. Człowiek jest tylko szafarzem bogactw swoich, ma ich więc używać wedle woli Bożej, a nie wolno mu ich trwonić i marnować i to jeszcze w tak hańbiący i grzeszny sposób. To jest grzech przeciwko Bogu.

Ale człowiek, wyrzucający grosz na pijaństwo, grzeszy przeciwko sobie i społe­czeństwu. Może niejednemu twierdzenie to dziwnym się wydaje, a jednak najzu­pełniej z prawdą się zgadza. Człowiek bowiem taki pozbawia się dobrych uczyn­ków: zamiast pieniądz zbywający obrócić na cele pobożne, wesprzeć ubogiego, dać na kościół, zanosi go do karczmy. Krzyw­dzi więc bardzo swoją duszę i bliźniego. Nadto staje się nie raz, gdy zachoruje, albo starość możność zarobku go pozbawi, staje się ciężarem dla rodziny, gminy lub miasta. Póki zarobek miał, roztrwonił go przy pijatykach, nie uciułał ani grosza na czarną godzinę, za to teraz oddany na ła­skę i niełaskę ludzką. Postępowanie ta­kie jest wręcz niesumienne. Każdy bo­wiem nie z dnia na dzień żyć, ale wzrok w przyszłość często zapuszczać powinien, uzbierać sobie, jeżeli tylko może jakiś kapitalik, z którego by na przypadek choro­by lub niedołęstwa mógł czerpać.

Wreszcie ile to społeczeństwo całe traci na onych w kieliszku utopionych pienią­dzach. Miliony rubli idą rocznie na marne w stronach naszych na trunki; miliony, które choćby np. diecezji naszej, kościo­łowi i społeczeństwu tak bardzo są po­trzebne. Są ubodzy studenci, którzy pra­gną wiedzy, a uczyć się dla braku fundu­szów nie mogą dalej; są kościoły biedne, nie mające nawet aparatów najpotrzebniej­szych; istnieją zakłady dla chorych, ubo­gich, dla sierot, głuchoniemych, dla ludzi bez zajęcia. Wszystko to potrzebuje wspar­cia i czeka choćby na jeden grosz,—a tu miliony rubli ludzie wyrzucają, paszą nie nędzę ludzką, ale szynkarzów! Nie jestże to grzechem wobec społeczeństwa biednego?

Pijaństwo atoli nie tylko pozbawia lu­dzi dobrobytu, ale jeszcze zwolenników swoich wtrąca w straszną nędzę. Przy żadnym może nałogu grzesznym tak się wyrok Pana Boga nie sprawdza, jak przy pijaństwie: „kto się kocha w używaniu w niedostatku będzie.”

Ślepy chyba nie spostrzeże, że wszę­dzie tam, gdzie nałogowi temu hołdują, z każdej rodziny, wioski, z każdego mia­steczka okropne widma nędzy i głodu gło­wy swe wychylają. Przejdźmy się, pro­szę, po jakiej bądź mieścinie lub mieście. Rzemieślnicy, robotnicy trzeźwi mieszkają pięknie, schludnie, że aż oczy do ich po­mieszkania się śmieją. Widać nawet pe­wien dobrobyt, snąć używają tak roztro­pnie zarobku, że im nie tylko na opędzenie potrzeb domowych starczy, ale że coś je­szcze dla przyjemności swojej uczynić mo­gą. Jak strasznie obok tych mieszkań wyglądają nie raz już nie mieszkania, ale szopy prawdziwe lub budy ludzi, używa­jących zarobku na napitek. Nieporządek, zaniedbanie, brud, oto ogólny widok, jaki chata pijaka przedstawia! Okna, jak u ja­kiego żydowiny, płatami zatkane,—sprzęty, na które pijak nieraz całym ciężarem upa­dał, połamane. W szafie lub skrzynce po­rządnego ubrania niema, bo dobre w bra­ku pieniędzy, poszły w zastaw do żyda- Talerze i naczynia są powyszczerbiane, snąć musiał często właściciel chaty wojnę domową, niemi prowadzić. Ale co najgor­sza, nędza i bieda, i na obliczu dziatek i żony straszne swoje piętno wycisnęły. Żona za męża krwawo pracować musiała, bo mąż cały prawie zarobek, który za ro­botę od chlebodawcy odebrał, na hulatykę obrócił lub spłacenie długów pijackich. Kilka groszy ledwo rzucił żonie, a te star­czyć miały na cały tydzień dla całej ro­dziny. Wzięła się więc biedaczka, która patrzeć nie mogła na wybladłe, wynę­dzniałe twarzyczki dzieci, do najcięższej pracy. Szczęśliwa była, że ją znalazła. Aż tu chorobą wycieńczone jej siły po­waliły ją na łoże, nędznego dotychczaso­wego zarobku zabrakło i — głód zapano­wał w chacie, a nad chatą czychała śmierć na swoje ofiary!…

Nie wszędzie może tak okropnie wy­gląda, ale to jest rzeczą pewną, że wszę­dzie kieliszek do niedostatku i biedy do­prowadza. Inaczej też być nie może. Je­żeli rzemieślnik się upija, zaniedbać ko­niecznie musi swoją pracę. Po każdym pijaństwie czuje się niezdolnym do pracy, do warsztatu nawet nie zajrzy, a tymcza­sem czeladź pracuje, jak się jej podoba. Wyroby takiego rzemieślnika stają, się co­raz lichsze. Odbiorców towarem złym lub pracą niesumienną odstręcza, opuszcza go czeladź, wyczekująca godzinami jakiego zajęcia, zapasów niema za co kupić, w końcu pozostaje mu tylko kieliszek i—bieda!… Dla czegóż się dziwić, że w niejednym mieście w rynku już niema czterech ka­tolików, że w Boże Ciało niema już gdzie oprzeć ołtarzy?

Nie mniej smutnie wygląda po wsiach. Nieraz aż serce żal ściska patrzeć na to, jak w niejednej wsi prawie połowa gospo­darstw nie wiedzieć w czyje ręce się do­stała, jak gospodarz jeden po drugim idą na komorne albo na Chleb żebraczy. Zna­łem włościanina, szanowanego przez całą gminę. Włość jego liczyła 80 morgów pięknej, pysznej ziemi. Obora i stajnia i słynęły na całą okolicę. Bywało, że na wielkie uroczystości czwórką zajeżdżał. Z całego tego majątku pozostały mu po latach trzydziestu: — wytarta siermięga, kij żebraczy i — wstyd!… Nieszczęśliwy ten człowiek zaczął pić, nie pilnował go­spodarstwa; przyszedł jeden nieurodzaj, drugi i trzeci, w biedzie zaciągnął poży­czkę wysoką, której opłacać nie był w sta­nie, aż wreszcie obcym własną ojcowiznę oddać musiał. Kara to i wyrok Pana Bo­ga, że „kto się kocha w używaniu, w nie­dostatku będzie,“ a przykładów podobnych mamy tysiące, czyż nie prawda?

Źródło: O pijaństwie czyli jak nawrócić pijaka (rady dla wszystkich), Warszawa 1900