V. Najlepszy sługa śmierci

Śmierć, to ponura władczyni tej ziemi, zwołała wszystkie sługi swoje do swojej twierdzy. Rozsiadła się na tronie, zbu­dowanym z kamieni grobowych, na głowie jej spoczywała korona z łez i jęków ludz­kich ukuta, a oparłszy rękę suchą na ko­sie, którą już zbyt często i rychło nić życia ludzkiego przecinała, tak się ode­zwała: „Chcę dzisiaj wynieść do godności książęcej w moim państwie tego z was, który najwięcej ofiar u stóp tronu mojego złoży. Przystępujcie do mnie.“

I zbliżyła się postać, w szkarłatny płaszcz odziana. Oblicze jej przestrach budziło. Oczy rzucały błyski złowrogie, ogień ział z jej ust, a w ręce błyszczał miecz okrutny. Była to wojna! „Któraż ze sług twoich,-chełpiła się,—może się ze mnę mierzyć!? Któraż tyle zdobyczy składa ci w ofierze, jak ja? Wzbudzam w sercach ludzi nienawiść, podburzam brata przeciwko bratu, wciskam w dłoń ich ostry miecz i gnam ich ku sobie na zgubę i nie­szczęście!.. Palę wioski i miasta, niszczę wszystko i przelewam krew ludzką.!.. Oto moje zdobycze.” I wskazała na całe sto­sy trupów, które pozbierała z pola bitwy…

— „Cóż te ofiary znaczą wobec ofiar moich?” — zawołała bladymi ustami zaraza. W przeszło dwudziestu żyznych krajach panowałam. Nic z nich nie pozostało, wszystko zmiotłam swoim tchnieniem. Nie tylko, jak wojna, zabrałam wielu mężczyzn w sile wieku i pełnych nadziei, ale nie szczędziłam nawet starców, kobiet i dzieci. * Wszystkich przykryłam czarnym swoim płaszczem. Mnie się przeto nagroda na­leży!…”

Jeszcze nie skończyła mówić, gdy z po­śród sług wysunęła się postać, zupełnie nie podobna do innych. Skroń jej wień­czył wieniec z róż i bluszczu, a twarz jej rumiana i uśmiechnięta. Wesoło i zu­chwale zarazem stanęła wobec swojej wład­czyni, podniosła szklankę, po sam brzeg odurzającym napojem przepełnioną i rze­kła: „Z drogi! Po cóż trudzicie panią na­szą opowiadaniem swoim. Dość jej spoj­rzeć na zdobycze moje, ażeby mi od razu pierwszeństwo przyznała, dość jej znać na­zwisko moje: pijaństwo!.. Wy w niektó­rych tylko okolicach panujecie. Moje pań­stwo równa się państwu naszej władczyni: śmierci. Od południa do północy, od wscho­du słońca do zachodu, wszędzie mam pa­łace swoje i niewolników. Wy gwałtem ofiary zabieracie, ja żadnego trudu nie znam. Sami do mnie jak błędni, i młodzi, i starzy, i bogaci, i ubodzy się garną. Nie od razu ich zabijam, ale za to—tern pew­niej. Kto raz do mojego państwa się do­stał, już na zawsze do mnie należy. Odbie­ram ludziom i majątek, i honor, i szczę­ście rodzinne, i zdrowie, a przede wszystkim do mnie dusze moich ofiar należą. Wy liczycie groby na tysiące, ja ich mam miliony. Cóż, czy jeszcze dalej o pier­wszeństwo ubiegać się chcecie?…”

— „Ty księciem moim będziesz,—ode­zwała się śmierć.—Nikt tyle i tak strasznych ofiar nie posiada, co ty, pijaństwo! Chodź, niech cię uściskani, jako najlep­szego sługę mojego i pomocnika. Mądrej głowie — dość na słowie: pijaństwo kopie pijakowi nędzę doczesną i niedolę wieczną— w piekle!..

IV. Czy wódka jest lekarstwem?

Jeżeli alkohol przesiąka cały organizm ludzki; niszczy go i gryzie, jeżeli odbiera siłę wszystkim prawie narzędziom ciała tak, że się psują i służbę wypowiadają, natenczas płyn ten czy to w małej, czy w większej ilości użyty, czy w tej lub innej postaci, nigdy niczym być nie może jak tylko trucizną i znowu trucizną. A je­dnak wiele ludzi w to wierzy i kto wie, czy to nie najstraszniejszy i najzgubniejszy zabobon, że wódka jest lekarstwem i nie można im tego w żaden sposób wy­perswadować! Jeżeli chory na żołądek, zaraz gorzałkę przepisują nawet niewia­stom i dzieciom, bo lekarstwo to uśmierza ból, goi żołądek i wnętrzności!.. Podobnież dają wódkę przeciw bólowi głowy, febrze, gorączce. Przy tym wódka ma siły krze­pić, pracą wyczerpane, ma sił dodać, gdy człowiek już wypoczął, ma chłodzić wśród upałów, grzać podczas mrozów — i zdaje się, że niema choroby, bólu, którego by to cudowne lekarstwo nie usunęło, skutku, którego by nie osiągnęło!..

Rzecz jasna, że przypisywanie wódce takich właściwości leczniczych jest pro­stym wymysłem ludzi, którzy w wódce zasmakowali i trądem swojego nałogu dru­gich chcieliby zarazić. Lekarstwo, które lekarz przepisuje, a który chyba jedyny dobrze ustrój ciała ludzkiego, jego cier­pienia i środki wszystkie przeciwko chorobom zna, zawsze tylko jedno cierpienie’ usuwa, na inną chorobę inne lekarstwo zażywać potrzeba. A tu nasi mędrcowie; kieliszkowi znaleźli środek jeden przeciw wszystkim dolegliwościom, przeciwko nie­domaganiu żołądka, zapaleniu płuc, gorączce, febrze, osłabieniu—odkryli zdrój życia, który wszystkich ludzi odmładza. Szkoda wielka, że są ludzie, którzy poważniej i rozsądniej na to ich lekarstwo się zapatrują, inaczej uzyskaliby zapewne już daw­no za mądrość swoją tytuł doktorski, a za’ wynalazek—patent. Zresztą gorzałka już z tego powodu lekarstwem być nie może, i jej w żadnej aptece choćby i za rubla [ostać nie można, a przecież lekarstwa nie gdzie indziej się dostaje, jak tylko v aptece, którą, ludzie uczeni, znający się la chorobach i lekach, zarządzają, chybaby ktoś jakąś karczmę, szynk, skąd lekarstwo – gorzałka” szerokim strumieniem płynie, apteką chciał nazwać!

Zbyteczną zdaje się jest dalej udo­wadniać, że wódka chorób usuwać nie noże, dość przypominać twierdzenie wszystkich lekarzy; że gorzałka zabija, truje człowieka.

Załatwić się jednak jeszcze trzeba; twierdzeniem zwolenników kieliszka, ja­koby trunki spirytusowe podtrzymywały siły, zachęcały do pracy. Proste to złudzenie — może podszepty szatana, wma­wiającego w niejednego, że, jeżeli drugim winem i piwem krzepić się wolno, to biednemu robotnikowi, rękodzielnikowi przy robocie dla podniecenia sił, kieliszka wódki zakazać nie można. Zakazać bez wątpienia nie można, ale uwagę na to wolno zwrócić, że wódka wśród pracy jak i w ogóle nie tylko sił nie pokrzepia, ale prze­ciwnie osłabia, pozbawia ‘chęci, sprężysto­ści, nawet zdolności do pracy. Sądzę, że pierwszą podnietą do pracy jest chęć, czy to chęć zarobku, czy pragnienie sławy lub zamiłowanie do niej. Tej zaś wódka ani wlać w człowieka, ani podniecić na­wet nie jest zdolna. Robota wtenczas tyl­ko iść może, jeżeli pracujący ma rozum w głowie, siłę i zręczność w ręku, a nade wszystko błogosławieństwo Boże. Tego wódka znowu dać, ani pomnożyć nie może, przeciwnie, jeżeli dane te i warunki czło­wiek pracy posiadał, natenczas przez tru­nek je traci. Rozumu i zręczności wódka nie przysporzy, udowadniać tego nie po­trzeba; doświadczenie wymowne temu daje świadectwo. Zresztą mówi stare przysło­wie nasze:

Jest od wina szumna mina,

A od piwa łeb się kiwa,

A od wódki rozum krótki.

Ale i sił do pracy wódka nie daje, a kto temu wierzy, ten siebie i drugiego oszukuje. Zaraz się przekonamy, czy tak jest w rzeczywistości. Ten, kto pije, jada zwykle mało, bo alkohol wpływa ujem­nie na odżywienie, przedłuża trawienie, gasi apetyt. Powstaje niestrawność, a z nią ociężałość, niechęć do pracy, a zarazem osłabienie, które człowieka niezdolnym pra­wie czyni do pracy.

Dwaj uczeni angielscy zrobili bardzo ciekawe pod tym względem doświadczenie. W Stanach Zjednoczonych, w Ameryce Północnej, kazali pracować 20 robotnikom, którzy pili tylko wodę i, 20 używającym wódkę. Po upływie 20 dni zmierzono wy­konaną pracę. Pokazało się, że druga partia zrobiła cokolwiek więcej w przeciągu pierwszych sześciu dni, wkrótce potem jednak znacznie osłabli. Ostatecznie ci, któ­rzy wodę pili, wykonali pracę o trzy razy większą. Dla skontrolowania doświadcze­nia, odwrócono stan rzeczy t. j. skazano na wodę drugą partię, a kazano używać trunków gorących pierwszej. I tym ra­zem robotnicy, gaszący pragnienie wodą wzięli górę, odznaczając się znacznie lep­szą i prędszą pracą. Z tego wynika, że trunki spirytusowe sił nie dają, przeciwnie bardzo je osłabiają. Człowiek, krzepiący się wśród pracy gorzałkę, podobny jest do konia słabego, który, zaprzężony do wiel­kiego ciężaru, wysiłkiem ostatnich sił za wóz szarpie na to tylko, by potem upaść i bezczynnie leżeć.

O takim skutku wódki wiedzę dosko­nale wszyscy, którzy ciężko, a dobrze pra­cować muszę, i dla tego wyrzekli się jej raz na zawsze; wiedzę że grosz na wód­kę wydany dziesiętną szkodę sprawuje, bo pozbawia ich sił i chęci do pracy, a tym samem i zarobku. Władze wojskowe ostro żołnierzom wśród uciążliwego, dłuższego marszu używania trunków gorących zaka­zuję. Wolno im w manierkach tylko wo­dę lub kawę zimną zabierać, bo często już się zdarzało, że żołnierzy, którzy gorzałkę siły swe pokrzepić chcieli, naraz siły opuści­ły, a nieraz śmierć nagła spotkała.

Więc cóż robić, jeżeli człowiek zmęczo­ny, zagrzany? Jedyna odpowiedź na to: odpocząć. Muskuły, wytężone przy pracy chcę odpocząć, ciało całe domaga się spo­koju, jeżeli więc pracy dla braku sił po­dołać nie możemy, trzeba odetchnąć, a broń Boże ciało swe więcej jeszcze marnować, wycieńczać gorzałkę. Wieczorem po pra­cy, już przyroda cała, zwierzęta domowe, polne kwiaty i wietrzyk nawet, który do snu kładzie się, wzywają człowieka do spoczynku. Wśród dnia godzina mała, dwie nieraz, chwilka odetchnienia starczy, by się posilić. W czasie odetchnienia można z towarzyszem pogawędzić, ga­zetkę uczciwą przeczytać — to tysiąc ra­zy więcej pokrzepi, aniżeli jeden kieliszek gorzałki.

Na pragnienie zaś jedynym środkiem jest woda czysta, bo ten napój sam Bóg przeznaczył na zagaszenie pragnienia. Wódka w żaden sposób skutku tego osią­gnąć nie może; pali tylko, wznieca gorą­czkę, powiększa pragnienie. Niedobrze za­tem sobie postępują ci, którzy w czasie żniw, lub większej pracy polnej wódką częstują swoich ludzi. Szkodzą tern i so­bie, i robotnikom. Niechajby im kawy studzonej dali, albo wody z octem zapra­wionej, chociaż i chłodnego, lekkiego pi­wa, a spostrzegliby, że to znacznie większa korzyść dla wszystkich.

Źródło: O pijaństwie czyli jak nawrócić pijaka (rady dla wszystkich), Warszawa 1900

Stanisław Lem i megabitowa bomba

Stanisław Lem, urodzony w 1921 roku, jest wybitnym polskim prozaikiem i eseistą. Ukończył studia medyczne i karierę pisarska rozpoczął od publikowania artykułów w fachowej prasie lekarskiej. Jako prozaik debiutował w 1946 roku w katowickim tygodniku „Nowy Świat Przygód” powieścią Człowiek z Marsa, z której chyba nie był zbyt dumny, gdyż jej oficjalne książkowe wydanie ukazało się dopiero w roku 1994 (fanzinowa wersja ukazała  się, oczywiście, bez pytania autora o zgodę).

Pierwsza powieść „Astronauci”(13) wydal w 1951 roku. Uznaje się go powszechnie za najwybitniejszego przedstawiciela polskiej fantastyki naukowej. Jego dzielą przetłumaczono na ponad 25 języków.

Stanisław Lem, mistrz literatury science fiction, w swoich pracach wielokrotnie poruszał temat technologii, jej wpływu na ludzkość oraz potencjalnych zagrożeń związanych z nadmiernym rozwojem technologicznym. Choć nie używał bezpośrednio terminu „megabitowa bomba”, jego twórczość dotykała podobnych zagadnień, zwłaszcza w kontekście rosnącej potęgi technologii cyfrowej i sztucznej inteligencji.

W książce „Cyberiada”, zbiorze opowiadań o robotach, Lem przedstawia wizję przyszłości, w której technologia, choć niesamowicie zaawansowana, nie jest wolna od zagrożeń. Jego bohaterowie, w tym konstruktorzy robotów, tworzą maszyny o niesamowitej mocy obliczeniowej, ale często nie przewidują negatywnych konsekwencji swoich wynalazków. W pewnym sensie można by powiedzieć, że te opowiadania stanowią metaforę dla dzisiejszych obaw dotyczących zbyt szybkiego rozwoju technologii, które mogą prowadzić do sytuacji podobnych do „megabitowej bomby”.

W kontekście współczesnej technologii „megabitowa bomba” mogłaby oznaczać wybuch informacji, którego skutki byłyby katastrofalne. Lem przewidywał, że nadmiar informacji, chaotyczne gromadzenie danych i ich niekontrolowany rozwój mogą prowadzić do trudnych do opanowania kryzysów. W książkach takich jak „Szpital Przemienienia” czy „Kongres Futurologiczny” Lem badał, jak rozwój technologii i przekroczenie granic ludzkiej percepcji mogą prowadzić do chaosu i zniszczenia, a nawet zniszczyć ludzkość, jeśli nie będziemy w stanie zarządzać tymi potęgami.

„Megabitowa bomba” mogłaby zatem być metaforą dla technologii, która z jednej strony daje ogromne możliwości, ale jednocześnie stwarza ryzyko jej niekontrolowanego rozwoju. W kontekście Lemowskim, mogłaby symbolizować nie tylko zniszczenie wywołane przez nadmiar informacji, ale także efekty uboczne rozwiniętej sztucznej inteligencji, z którą nie jesteśmy w stanie się uporać. Lem wielokrotnie stawiał pytania o odpowiedzialność i etykę w kontekście rozwoju technologii, przewidując, że niekontrolowany rozwój maszyn może prowadzić do katastrofalnych skutków dla społeczeństw.

W skrócie, choć Lem nie używał dosłownie terminu „megabitowa bomba”, jego prace w pełni oddają ideę technologicznego wybuchu, który może wynikać z nadmiaru danych, niekontrolowanego rozwoju sztucznej inteligencji lub innych wynalazków, które nie są odpowiednio nadzorowane.

Stanisław Lem był członkiem stowarzyszeń Science Wicią Research Association i Science Fiction Writers of America; od 1932 należy również do Komisji PAN „Polska 2000”. Otrzymał liczne nagrody literackie, m.in. miasta Krakowa (1953), miesięcznika „Problemy” (1968), miesięcznika „Literatura” (1931), Ministerstwa Kultury i Sztuki (1965).

Lem jest autorem wielu dzieł, wśród których najbardziej znane to: „Eden”, „Powrót z gwiazd”, „Dzienniki gwiazdowe”, „Bajki robotów”, „Tyberiada”, „Niezwyciężony”, „Solaris”, „Wysoki Zamek” oraz „Bomba megabitowa”(14). W ZSRR powstał oparty na powieści Lema film A. Tarkowskiego „Solaris” (1973).

Solidne oparcie w szeroko rozumianych naukach humanistycznych pozwala Lemowi na poruszanie zagadnień z dziedziny polityki i socjologii. Bardzo ciekawa jest droga, jaka przeszedł autor od przewidywań i nadziei, do uprzedzeń i obaw związanych z rozwojem cywilizacji. Pisarz skonstruował model człowieka zagrożonego przez siły, które sam wyzwolił. Rozwój supertechniki może zagrozić wartościom humanistycznym, a społeczne i polityczne następstwa, mogą okazać się poważnym niebezpieczeństwem dla istnienia kruchej ludzkości. Lem zdaje sobie sprawę, że możliwości adaptacyjne człowieka są skończone i wyjście poza nie może zniszczyć jego tożsamość.

Stanisław Lem często zastanawia się nad przyszłością społeczeństwa przełomu XX i XXI wieku. W dziele „Bomba megabitowa” podejmuje próbę konkretnej odpowiedzi na pytanie: co czeka nas w przyszłości? Pisarz wskazuje komputery i Internet jako poważne zagrożenia dla ludzkości. Technika jest szkodliwa dla zdrowia i utrudnia kontakty międzyludzkie. Wprowadza dominacje jeżyka angielskiego, co odbywa się ze szkoda dla innych jeżyków. Naraża zwykłych użytkowników sieci na „wysyp informacji” i dostarcza bezmyślnej rozrywki. Globalna siec komputerowa umożliwia również popełnianie przestępstw przez odległość, co utrudnia stróżom prawa ściganie przestępców, a często czyni ich całkowicie bezkarnymi.

Lem obawia się zaniku ludzkiej kreatywności i postawy pełnej bierności w sytuacji, gdy maszyny Beda w stanie zastąpić człowieka w każdej dziedzinie. Nie wierzy w możliwość powstania sztucznej inteligencji – nawet jako pewnego wspomożenia ludzkiego umysłu. Natomiast obawia się świata zdehumanizowanego i zbyt prostego, rzeczywistości bez wysiłku i ucieczki do fantastyki (wirtualnej rzeczywistości). Jednocześnie w pełni zdaje sobie sprawę z ogromnego zapotrzebowania państw na skomplikowane systemy informatyczne, np. w sferze wojskowej czy prognozowania politycznego. Symulacje przeprowadzane wyłącznie wewnątrz komputerowych „pudel” nie pociągają przecież za sobą tak niebezpiecznych konsekwencji, jak te, których weryfikacje przynosi samo życie.

Lem jest zwolennikiem wprowadzenia szerokiej cenzury państwowej mediów celem eliminacji „głupstw i kłamstw”, jakie media serwują odbiorcom. Jego rozgoryczenie pogłębia to, że nawet popularno-naukowe periodyki bezkrytycznie wystawiają na swoich lamach informacje niesprawdzone, lecz posiadające nalot sensacyjności – nie kierując się renoma wydawnictwa, lecz komercyjnym aspektem sprawy.


(13) Lem S., Astronauci, Kraków 1989.
(14) Lem S., Eden, Warszawa 1995; Powrót z gwiazd, Kraków 1981; Dzienniki gwiazdowe, Warszawa 1994; Bajki robotów, Katowice 1989; Cyberiada, Warszawa 1998; Niezwyciężony, Kraków 1996; Solaris, Warszawa 1982; Wysoki Zamek, Kraków 1975; Bomba megabitowa, Wrocław 1992.

III. Do walki z naszym największym wrogiem!

Pewien wędrowiec, tak opowiada baj­ka wschodnia, szedł sobie drogę, zdążając do swego miasta rodzinnego. Rozmaicie mu się wiodło. Raz szedł wygodnie, i słońce i przyroda cała doń się uśmiechała, to znowu natrafiał na przeszkody, góry, rze­ki, gąszcz, strome i wąskie drogi bieg mu hamowały, a kamienie ostre i ciernie go raniły. Nieraz drapieżnym zwierzętom opędzać się musiał. Ale nie zrażał się niczym, tylko, pełen otuchy, podążał dalej. I oto, gdy już prawie do ukochanego swego domu rodzinnego docierał, spostrzegł ku wielkiemu swojemu przerażeniu, że stoi nad okropną, przepaścią, która na jego życie czycha. Przestraszony pośliznął się i wtoczył w straszną, bezdenną otchłań! Już mu się zdawało, że po nim, ale na szczęście zdołał uchwycić się krzaku, nad krawędzią przepaści rosnącego. Ucieszony tym niespodziewanym ratunkiem, wszystkie siły wytęża, by się na ziemię wydostać, a tu spostrzega, że za każdym porusze­niem korzenie krzaku się obruszają, coraz bardziej, niezdolne już dłużej ciężaru jego utrzymać.

Nadto ze szczelin skalnych dwie my­szki nadbiegły: jedna biała, druga czarna, które resztki korzeni podgryzać poczęły. Strach nieopisany go opanował. Znikąd ratunku! Spojrzał więc w głąb przepaści, sądząc, że bezpiecznie w nią się będzie mógł spuścić. A tam smoka strasznego spostrzegł: ogień buchał mu z pyska, pa­zury swe do biednego wędrowca wyciągał. Cóż się z wędrowcem stanie? Bajarz tak objaśnia to swoje opowiadanie. Wędro­wiec — to każdy człowiek; wędrówka—to życie nasze, które raz płynie swobodnie wśród szczęścia i powodzenia, to znowu przeplecione jest nieszczęściem, kłopotami i łzami; przepaścią zaś—to nałóg grzeszny, w który ludzie popadają, a z którego rzadko kiedy się wydostają. Pasmo dni jego podgryzają kłopoty i zgryzoty, a w końcu nieszczęsny grzesznik wpada za karę w paszczękę strasznego smoka!…

Nie wiadomo, o jakim nałogu bajka wschodnia mówi. My w każdym razie bajkę tę do jednego nałogu całego pra­wie społeczeństwa naszego zastosować mo­żemy—do nałogu pijaństwa. Bo czyż lu­dzie, rodziny, narody, oddane temu stra­sznemu nałogowi, nie wiszę, jakby nad przepaścią? Czyż pijaństwo nie gryzie i nie niszczy całego ich szczęścia rodzinnego, spokoju wewnętrznego, poważania, majątku i zdrowia? Czyż i na nich nie czy cha otchłań i smok straszny? Zgrozą przej­muje każdego ten niedający się zaprzeczyć pewnik, że miliony ludzi dobrowolnie zu­pełnie rzuca się w przepaść nieszczęść upodlenia, a co najgorsza, że raz szałem takim porwanych nikt w zapędzie ich za­trzymać nie może!…

Straszne jest spustoszenie, jakie wul­kany całym okolicom wyrządzają. Lawa, masa gorąca i brudna, szerokim korytem się rozlewa, wszystko, co w biegu swym napotka, zalewa, gryzie i niszczy. Kamienie, żużle, popiół, wyrzucone z wnętrz­ności ziemi, przestrach szerzą i śmierć. Okolice żyzne i bujne zamieniają się w pust­kowie, groźniejsze i smutniejsze, aniżeli pogorzelisko. Aleć ta klęska niczym prawie nie jest wobec klęski, jaką napoje, —pijań­stwo ludzkości zadaje. Tam niszczeją tylko miejsca pod samą górą, ogień i nieszczęście ziejącą, tu padają ofiarą tysiące, nie u nas <4 tylko, nie w Europie samej, ale po całej kuli ziemskiej. Tam ludzie przed lawą uciekają, tu jakby obłęd jaki ich opanował, sami lecą w potok złego, pozwalają się f żreć, niszczyć, pozwalają upadać majątkowi, szczęściu domowemu, upadać na­rodom całym.

Przypatrzmy się choć tylko w ogól­nych zarysach temu światu naszemu roz­hukanemu, rozpitemu. Wszystko prawie pije, pije się wszędzie, przy każdej moż­liwej i niemożliwej sposobności, w każdej stosownej, czy niestosownej porze. Piją tacy, którzy na to mają, piją i tacy, któ­rym nieraz na kęs chleba nie starczy, piją zdrowi, chorzy napojami także nie gardzą. Pije się w szczęściu, nieszczęściu, kło­potach, powodzeniach, wśród pracy i odpo­czynku. Piją przy chrzcinach, pogrzebach, weselach i kupnie. Piją dzieci, które le­dwie przeżegnać się umieją, piją starzy, nad grobem stojący. Jednym słowem, pije prawie świat cały!…

— Dotąd łamali sobie ludzie mądrzy i dbali o zdrowie i szczęście ludzkości głowę nad wynalezieniem środka, który by leczył wszystkie choroby, wszystkie bóle uśmierzał. Poszukiwania ich były daremne. Ale za to nasi pijacy cudowniejszy jesz­cze środek wynaleźli, bo, według ich zda­nia,—nie tylko skuteczny na choroby wszy­stkie, ale i na wszelkie kłopoty i fra­sunki—a nim jest wódka, pijaństwo.

Ot, proszę was, mili czytelnicy, czego też ta wódka nie ma dokazać! Jeżeli kto zdrów jest, pije wódkę na wzmocnienie, by nie zachorował, — chory zaś pije ją, by do zdrowia wrócił. Jeżeli komu zimno, pije „jednego“ na rozgrzewkę, a latem znowu, gdy pot z czoła się leje, pije się znowu na ochłodzenie. Cudownego tego środka używają, ludzie przed pracą, by się do niej zachęcić, a po pracy, zmęczeni, nim nie gardzą, by się wzmocnić, chyba do snu…. Spotkało kogo jakie szczęście, za­raz kieliszek krąży, a ten sam kieliszek, z tym samym płynem idzie z rąk do rąk w smutku i strapieniu. Dziecku daje się pić, by się wzmocniło, młodzieniec, męż­czyzna także pije na wzmocnienie, a star­ca chroni picie od śmierci. I wszystkie te cuda sprawia jeden i ten sam napój.

I jakże się tu oprzeć boleści, która na widok takiego nierozsądku, także bezecnego uświęcenia brudnego nałogu serce każde uczciwe przeniknąć musi?

Wlewają ludzie w siebie rozmaite trun­ki i na próżno, nieraz człowiek do głowy zachodzi, skąd ludzie na takie dzikie po­mysły wpaść mogli, o jakich zaraz wspo­mnimy. Używają ludzie nie tylko piwa, wina, wódki, araku, rumu i innych pa­lących trunków, ale piją nawet eter czyli krople, płyn ostry, gryzący, którego zwy­kle do czyszczenia rzeczy się używa, piją i naftę do palenia!.. To inż chyba z obłę­dem graniczy, a zarazem najwymowniej – szem jest świadectwem, jak daleko zwie­rzęca, a nawet gorsza od niej, żądza picia posunąć się może.

W tern miejscu pomówmy głównie o uży­waniu wódki i jej zgubnych skutkach, choć uwagi nasze w równej mierze do wszystkich innych napojów stosować się będą. I zapytajmy, czy rzeczywiście tak zgubny wpływ wódki, że ją naszym naj­większym wrogiem nazwać można? Prze­konamy się o tym, gdy się bliżej całemu szeregowi nieszczęść przyjrzymy, które wódka i pijaństwo sprowadzają. Tym­czasem posłuchajmy słów pewnego świa­tłego męża.

„Mamy, pisze on, wroga, a wroga tak zaciętego, że wszelkimi środkami nas prze­śladuje i uciska, niezliczone szkody nam już wyrządził, i jeśli nie rychło się opatrzym, w ostatni nas przyprawić gotów upadek. Wróg ten odziera nas z ma­jątku, z rąk zamożnych wydziera dzie­dzictwo, po ojcach wzięte i łasi się na wdowi grosz biednego wyrobnika, krwawą zdobyty pracą. I mało mu tej nędzy i ubó­stwa; nieprzyjaciel ten uderza na nasze zdrowie i życie; wielu pozbawił zdrowia, innych do przedwczesnego wtrącił grobu. Wróg ten usiłuje nas pozbawić honoru, poczciwego imienia, dobrej sławy u łudzi i .świata. I żeby dopełnić miary złości i nienawiści swojej, wdziera się w domy i rodziny, by podkopać ciche i skromne szczęście domowego pożycia i braterskiej przyjaźni, potargać uświęcone węzły zgo­dy i miłości. I mniejsza o to, gdyby wy­rządzał te doczesne tylko szkody; ale co przechodzi wszelką już miarę, to to, że, doprowadziwszy nas do ostatniej nędzy w tym życiu, usiłuje nas i w przyszłym popchnąć w otchłań nędzy i bez miary i końca, bo w otchłań wiecznego potę­pienia. Tym wrogiem nieubłaganym — to gorzałka, to ten nieszczęśliwy nałóg pi­jaństwa.”

A zatem do broni, do walki, kto żyje, przeciw temu największemu naszemu wro­gowi! Do walki, do której wiele dopoma­gają „kuratoryję trzeźwości”, byle zgnieść pijaństwo!…

Źródło: O pijaństwie czyli jak nawrócić pijaka (rady dla wszystkich), Warszawa 1900

II. Przeklęta karczma

Na niewielkiej ziemi, w powiecie ostrzeszowskim, leży niebrzydka wioska, ale nosząca wcale niepiękne miano, bo się Chlewem nazywa. Niedaleko za oną wsią Chlewem, tuż przy drodze jest spora ka­łuża, niby sadzawka z cuchnącą, brzydką wodą. Woda ta, choćby lato było naj­gorętsze, i susza największa, nigdy nie wysycha, a w zimie nigdy nie pokrywa się lodem, lecz zawsze, w każdej porze roku, widnieje jej czarna, przerażająca głębia. Starzy ludzie opowiadają o tej strasznej sadzawce następującą legendę: Przed wielu, bardzo wielu laty, bo na­wet najstarsi ludzie we wsi nie pamiętają, tylko słyszeli od swych ojców, tak samo jak my dziś’ od nich słyszymy, stała na końcu Chlewa, właśnie w tern samem miej­scu, gdzie dziś jest sadzawka cuchnącej wody, okazała karczma. Karczmarz miał się dobrze, zbierał talary, złotówki i grosze, bo Chlewianie chętnie przebywali w karczmie, tracąc grosz ciężko zapra­cowany, a co gorsza dobre imię i cnotę.

Było to w ostatni wtorek zapustny: karczma jaśniała z daleka trzema jaskrawo oświetlonymi oknami, z daleka już słychać było wesołą muzykę, śpiewy i tupanie tań­czących. Na wielkim kominie paliły się ogromne karpy sosnowe, obrzucając krwa­wym blaskiem zebraną drużynę. Ogromna izba natłoczona była ludźmi; za szyn- kwasem stał karczmarz z zaczerwienionymi oczyma od kurzu i bezsenności, bo goście a już trzeci dzień hulali, począwszy od za­pustnej niedzieli. Pod oknami, przy dłu­gim stole, siedzieli starsi gospodarze, trą­cając się często gęsto szklanicami, przy­tupując i pośpiewując ochrypłym głosem, to znowu na całe gardło rozprawiając, kłócąc się i godząc z kolei. Tuż przy kominie siedziały stare kumoszki, oneż równie trącały się kieliszkami, obmawiając na wyścigi tańczące dziewczęta i całą pa­rafię. W środku izby tańczyła młodzież skocznego wiwata, kręcąc się, szturchając i pokrzykując. Skrzypek i duda grali za­wzięcie, dobywając sil wszystkich, bo raz po raz niejeden z parobków stawał przed nimi ze swoją tancerką, zanucił piosnkę, rzucił pieniądz do miseczki i puszczał się w nowo zagrany taniec.

Wrzawa i krzyki wzmagały się z każdą chwilą, gdyż co chwila wychylano nowe szklanki, w głowach coraz większy szum, w sercach coraz raźniejsza ochota; każdy chce mówić, a pragnie, żeby go wszyscy słyszeli, nikt zaś nie chce słuchać, usiłując swoim głosem zapanować nad głosami dru­gich. Nie zważano też wiele na mały stolik, umieszczony w kącie karczmy, na którym stała kopcąca się łojówka. Dwóch cudzo­ziemców siedziało przy stole, nikt ich tu nie znał, a z daleka musieli pochodzić, bo źle mówili po polsku, spencerów zaś i ka­mizelki, w jakie oni są ubrani, nikt nie widział w okolicy Chlewa, ani samego Ostrzeszowa nawet.

Cudzoziemcy nie piją, nie śpiewają, nie gwarzą, tylko grają w kości z gospoda­rzami, już kilku ograli do ostatniego grosza. Każdy z tych nieszczęśliwych pije teraz na zabój, aby zapomnieć o dotkliwej stracie, ale, że pieniędzy już przy sobie, a podobno i w domu nie maję, bo ten i ów przegrał jeszcze to prosiaka, to źrebca lub cielę, więc uczynny karczmarz po­dwójną kredką zapisuje wychylone kie­liszki i szklanki.

Na końcu długiego stołu, blisko sto­lika cudzoziemców, siedział sobie śred­nich lat chłopek i ciekawie przypatrywał się grze w kości. Gdy znowu jeden z ogra­nych powstał od stołu, cudzoziemiec za­wołał na przypatrującego się chłopca:

— No, Marcinie! Godzinę już przy­glądacie się grze naszej, pójdźcie teraz i pokażcie, czy grać potraficie.

— O rety! wielka mi sztuka! A toć to dzieciak poradzi!

— Wy się wszelako boicie, choć wam się zdaje, że to tak łatwo! — zaśmiał się drugi w kusej kamizeli.

— Toby też było, żebym się miał bać takiej lada jakiej gry! Zaraz wam pokaże, czym taki płochliwy — zawołał urażony Marcin, rzucił talara na stół, siadł przy cudzoziemcach i grać zaczął…

Kilka razy posłużyło mu szczęście, wy­grał kilkanaście talarów, więc pomyślał sobie: „Warto próbować dalej, mam w kie­szeni sporo grosza, bom dziś właśnie woły sprzedał, ładnie by było, gdybym tak dru­gie tyle dograł.” Grał więc dalej z wiel­kim zapałem, raz przegrywał to znowu się odgrywał, aż po pewnym czasie szczęście go snąć opuściło zupełnie, bo przegrywał bez ustanku i niebawem poczuł, że kieszeń ma pustą.. Porwał go gniew i żal nie­zmierny, teraz dopiero poznał, jak nie­* bacznie i lekkomyślnie postąpił, pieniądze przeznaczone były na ciężki przednówek i opłacenie podatków, cóż teraz będzie?!— Tam do kata!—krzyknął,—a to ze mnie dopiero osioł długouchy, żeby się tak dać oskubać! Przegrałem wszystko, co do grosza!

— Co to szkodzi? Możecie się jeszcze odegrać, — rzekł z uśmiechem złośliwym cudzoziemiec. — Szczęście jak poszło, tak wróci. Spróbujcie jeszcze choć raz, ryzykujcie jedną, stawkę.

— Ale ba! Cóż stawię, kiedym wszystkie pieniądze przegrał?

— Widziałem u was ładnego kasztanka, grajmy o niego!

Marcin zawahał się chwilę, lecz nagle chwycił kostki, rzucił i wygrał.

— No widzicie, że szczęście wróciło,— ozwał się jeden z cudzoziemców.

— Prawie żałuję, żem was do ponow­nej gry zachęcał, gotowiście mnie teraz ograć do szczętu.

Marcin uśmiechnął się radośnie, grał z wielką uwagą i wygrywał ciągle. Cudzoziemcy jakoś dziwnie spojrzeli po sobie i pytali, czy mu nie dość już tej gry, lecz Marcin, śmiejąc się zawołał:

— O nie! moi kochani! Jakiem wszy­stko przegrał, tak odegrać muszę,—i wziął znowu kostki do ręki.

Wtem dał się słyszeć głos dzwonka, który brzmiał, dźwięczał i z każdą chwilą dzwonił wyraźniej, głośniej. Marcin za­trzymał podniesioną rękę i rzekł:

— To bodaj czy nie ksiądz z Panem Jezusem idzie… Snąć we wsi ktoś’ niebez­piecznie zachorował.

— A co nam do tego!—krzyknął dru­gi z graczy niecierpliwie. — Grajcie, kie­dy macie grać, bo szkoda czasu i szczę­ścia, gdy się gra przerwie, szczęście czę­sto precz idzie.

Marcin zdawał się nie rozumieć, co do niego mówiono, tylko pilnie nadsłuchiwał. Tymczasem dzwonek brzmiał już bardzo blisko, głośno: wszyscy go w karczmie usłyszeli, na~chwilę ucichła muzyka, wstrzy­mali-się tanecznicy, zamilkli rozprawiający, lecz nagle drugi z cudzoziemców uderzył pięścią w stół i wrzasnął z gniewem:

— A cóż to za głupi naród? I czegóż tak słuchacie? Nie znacie dzwonka, nie sły­szeliście jeszcze dzwonienia? Dalej, Mar­cinie, póki szczęście przy was!

— Dalej skrzypki grajcie, a raźnie, a skocznie!—wykrzyknął jeden parobczak.

— Ten tam kusy ma słuszność! Dzwonki znamy, a przecież my nie baby, żeby w za­pusty pacierze szeptać!

Powstał śmiech i hałas, muzyka za­grała na nowo, wrzawa wzrosła nie do opisania, lecz nikt się nie ruszył, aby od­dać cześć i pokłon Panu Bogu, w Najświętszym. Sakramencie utajonemu. Tylko Marcin rzucił kostki i szybko wypadł przed karczmę, mimo, że słyszał za sobą szyderczy śmiech pijanej zgrai i głos cudzoziemca, który wołał ze złością:

— Widzieliście?! A to głupiec nad głup­cami! W takiej szczęśliwej chwili grę po­rzucać, no! Ja nie wstałbym od stolika, choćby się karczma zapadła, gdyby mi tak szczęście służyło!

Wrzeszczano tam jeszcze coś za Mar­cinem, ale on już nic nie słyszał, bo ka­płan był tuż około karczmy, dzwonek dźwięczał uroczyście, a tak przejmująco, jakby smutnie, żałośnie; Marcin upadł na kolana przy drodze i z wielką czcią, a po­korą oddał pokłon Panu Jezusowi. Ka­płan przeżegnał pobożnego kmiotka, lecz smutnie spojrzał na karczmę,—słyszał mu­zykę, krzyki, śpiewy i śmiechy, więc bo­leść ścisnęła serce kapłana, że z tych ludzi, w karczmie zgromadzonych, jeden tylko porzucił zabawę, aby uczcić swo­jego Stwórcę i Pana.

Ksiądz się oddalił, głos dzwonka cichł coraz bardziej, aż ustał zupełnie i głę­boka cisza zapanowała wokoło. Wtedy dopiero powstał Marcin klęczący i spoj­rzał zdziwiony na karczmę, lecz jej nie ujrzał przed sobą! Przetarł oczy raz i drugi, patrzał i oglądał się wokoło, ale karczmy nie ma, tylko na miejscu, gdzie stała…. dół czarnej, cuchnącej wody!…

Groza i strach przejęły Marcina, po­znał, że Bóg w strasznym gniewie, stra­szną zesłał na bezbożników karę, pogrą­żając ich w okropnej, czarnej otchłani, wraz z karczmą, w której grzeszyli. Ale po chwili przerażenia, gorąca wdzięczność ku Bogu zalała serce poczciwego chłopka, padł więc po raz drugi na kolana, i jął głośno wielbić, i wysławiać miłosierdzie Boże, jakiego doznał nad sobą. O prze­klęta karczmo!…

Źródło: O pijaństwie czyli jak nawrócić pijaka (rady dla wszystkich), Warszawa 1900

I. Jak wygląda pijak

— Widzisz tego człowieka? Patrz, oto sobą nie włada, nogi mu mdleją, głowa opada na piersi, gorączka go pali,… niema przytomności, bełkocze niezrozumiałe wy­razy, na nikogo nie zważa, nikogo nie zna, rzuca się, gniewa, gotów największą popełnić zbrodnię!… Co za straszna cho­roba! Czemuż wypuszczają go na wolność w tym stanie? Może wpaść w wodę, w przepaść,—może zmarznąć, albo się ska­leczyć…

— Ale patrz, oto się chwieje, zatacza i jak bryła na ziemię pada; uderzył gło­wą o kamień, krew go oblała, tarza się w błocie, jak nierozumne zwierzę i tam nawet zasypia!.. I spałby nawet długo dosyć, ale przychodzą Stróże porządku, ła­dują go na wózek i uwożą do tajnego schronienia, aby dłużej ludzi nie gorszył. Cóż to za stan okropny! Któż mu zadał tak straszliwą i jadowitą truciznę? Szynkarz, aby od niego zyskać kilka groszy!

Nie długo on pewnie żyć będzie, zo­stawi w domu niedostatek, pole niezaorane, rzemiosło zaniedbane, żonę i dzieci bez chleba, w nędzy i rozpaczy, a sam skończy w najokropniejszym stanie!..

Na próżno błaga żona, żeby się opa­miętał, uwagę mu zwraca na zbawienie duszy, na dzieci drobne, z głodu umie­rające; wszystko na próżno!..—Na chwilę ocknie się w nim sumienie, żal ściśnie jego serce, ale na to ma lekarstwo: zalewa, jak mówi, tego robaka dalej…

Już słyszę, skończył gdzieś marnie – pod płotem… bez księdza, bez Sakra­mentów św., bez pociech religijnych! Bie­dna jego dusza na wieki!…

Źródło: O pijaństwie czyli jak nawrócić pijaka (rady dla wszystkich), Warszawa 1900

60 minut na godzinę

Piosenkę otwierającą program śpiewali Jan Kaczmarek i Marek Motas

Biją zegary, sekunda goni się z sekundą na okrągło
Skąd tyle pary, tyle tupetu, że tak ciągną się i ciągną.
Kiedy się zastanowić, to ze zdziwienia człowiekowi staje mózg.

Co to za motor, który popycha nieustannie tryby czasu?
Co to za rotor, czy to na popych, czy na pociąg, czy na zasuw

To się nie mieści w głowie, no chyba że ktoś ma jak baniak duży łeb! (taki wielki)
I w tym się streszcza prawda złowieszcza, że czas nie zając, nie królik, nie nutria i zawsze trzeba poczekać do jutra, żeby na jutro można było mówić dziś.

Więc nie mów, hop, nie mów, hop dziś, nim nie przeskoczysz jutro dzisiejszego
dnia (no bo jak?)

Bo czas, rzecz prosta, ma prędkość constans i nie pomoże przyspieszacz, dopalacz.
Godzina dobra, zła sześćdziesiąt minut trwa, żadne pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt sześć,
numery te nie wchodzą w grę, o nie!

Sześćdziesiąt minut, sześćdziesiąt minut, tyle mieści się w godzinie, sześćdziesiąt minut
i jeśli możesz, zaraz przekaż to rodzinie.

Niedużo to, niemało, można powiedzieć, że to jest jak raz w sam raz!

🎙️ 60 minut na godzinę – satyra PR III, która rozśmieszyła PRL

Tło historyczne i twórcy

Audycja radiowa 60 minut na godzinę (znana również jako Sześćdziesiąt minut na godzinę) była emitowana w Programie III Polskiego Radia w latach 1974–1981. Jej debiut miał miejsce 14 stycznia 1974 roku, kiedy to słuchacze Programu III usłyszeli pierwsze żarty, piosenki i słuchowiska satyryczne.

Za pomysł audycji odpowiadał Marcin Wolski, który początkowo pełnił funkcję „nadredaktora”, a od 1976 roku – po zmianie czołówki – przybrał tytuł „arcydyrektora”. Do zespołu dołączył również Andrzej Zaorski, Krzysztof Materna, a przede wszystkim Jacek Fedorowicz, który dzięki swoim wybitnym kreacjom szybko stał się centralną postacią programu. Reżyserem całości był Andrzej Pruski.

Formuła audycji – co usłyszał słuchacz

Program był prawdziwym miszmaszem satyrycznych form: od felietonów, piosenek i wierszy, poprzez słuchowiska czy rysunki dźwiękowe, aż po humorystyczne scenki – uchodząc za istne „magazynowe arcydzieło” . Elementy stałe programu obejmowały cykle takie jak:

  • Przygody redakcji – w roli np. „Kolegi Kierownika”, „Kolegi Kuchmistrza” czy „Kolegi Spikera”, kreowane przez Fedorowicza.
  • Przygody „piratów” – satyryczne postacie kreowane przez Zaorskiego i Marian Kociniaka, z udziałem gości w stylu Janusza Gajosa czy Krzysztofa Kowalewskiego.
  • Słuchowiska i cykle: Rycerze (tekst Andrzeja Waligórskiego), Para‑męt pikczers, Rossmówki, Z pamiętnika młodej lekarki, „Centralna Kuźnia Młodych” (CKM) i wiele innych. Wiele z nich stało się kultowymi i było odtwarzane później wielokrotnie.

Program zawierał także piosenki, z których niektóre stały się przebojami – jak Ragazza da Provincia Jacka Zwoźniaka czy Los Andes Cordillera w wykonaniu Jana Kaczmarka.

Zmieniające się godziny emisji

Audycji towarzyszyły zmiany w harmonogramie: początkowo nadawano ją w poniedziałki około godz. 20:00, później w soboty, a w końcu w niedzielne poranki (10:00–11:00), z powtórkami w poniedziałki wieczorem.

Cenzura i odwaga w głosie w czasach „Solidarności”

W okresie sierpień–grudzień 1980 roku audycja odważnie wspierała NSZZ „Solidarność”. Cenzura PRL regularnie blokowała emisję niektórych odcinków – nagrania były zastępowane archiwalnymi, a czasem audycja nie została wyemitowana w ogóle. Po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku program został zawieszony, a twórcy objęci faktycznym zakazem pracy w radiu.

Dziedzictwo i kontynuacje

Po zamknięciu audycji część zespołu przeszła do formatu estradowego pod szyldem „1000 metrów na kilometr”. W latach 1989–2009 duch audycji kontynuował program ZSYP w Programie I Polskiego Radia.

Publikacje i wznowienia

W 1978 roku ukazał się wybór tekstów radiowego magazynu w formie książkowej – 60 minut na godzinę, opatrzone ilustracjami Jerzego Flisaka. Druga edycja trafiła do księgarń w 1980 roku, wraz z kasetą magnetofonową z nagraniami. Po 2002 roku Polskie Radio wydało także płyty CD z największymi przebojami audycji.

Dlaczego warto wspomnieć o „60 minut na godzinę” dziś?

  1. Fenomen satyrycznego przekazu w PRL – audycja doskonale łączyła humor, inteligencję i krytyczne spojrzenie na rzeczywistość, często balansując na granicy cenzury.
  2. Kultowe postacie i piosenki – kreacje Fedorowicza i piosenki z „Elity” są wciąż znane i cenione przez kolejne pokolenia.
  3. Ślady w kulturze – książki, płyty CD, a inspiracje w programach takich jak ZSYP pokazują, że „60 minut…” miało wpływ na rozwój satyry radiowej i estradowej po transformacji.

Audycja 60 minut na godzinę to klasyk PR III – pełen błyskotliwej satyry, wyrazistych postaci i ważnych społeczno‑politycznych komentarzy. To program, który nie bał się mówić o rzeczywistości i, mimo formalnego rygoru PRL, bawił, edukował i inspirował kolejnych twórców. Dziś pozostaje świadectwem inteligentnej satyry i odwagi słowa.